Oglądasz wypowiedzi wyszukane dla frazy: Międzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej
·
PRACA DLA PROGRAMISTÓW NA STANOWISKACH: 1) POSTDOC & 2) ASYSTENT W MIĘDZYNARODOWYM INSTYTUCIE BIOLOGII MOLEKULARNEJ I KOMÓRKOWEJ W WARSZAWIE (PRACOWNIA BIOINFORMATYKI I INŻYNIERII BIAŁKA)
1) PostDoc (Research Coordinator) (wynagrodzenie co najmniej 4000 zł/mies., w zależności od kwalifikacji) Osoba zatrudniona na tym stanowisku będzie odpowiedzialna za realizację projektu programistycznego z zakresu bioinformatyki: przewidywanie struktury białek, identyfikacja modeli spełniających więzy wyprowadzone z danych doświadczalnych, praca z bazami danych dotyczących sekwencji, struktury i funkcji białek. PostDoc będzie kierował/opiekował się kilkuosobowym zespołem badawczym (doktoranci, studenci, w perspektywie stworzenie własnej samodzielnej grupy i rozwój własnych badań) oraz składał regularne sprawozdań z postępów prac zespołu. Forma zatrudnienia: umowa o dzieło, możliwa kontynuacja w ramach umowy-zlecenia lub umowy o pracę. FINANSOWANIE Z GRANTÓW: 6 PROGRAM RAMOWY, NIH, KBN.
bueheheheheeheheheeh ale wynagrodzenie kon by sie usmial. wiecej to glupi posel po zawodowce zarabia w polsce, albo portier na zachodzie. chyba wam sie waluta pomylila.
|
Z inicjatywy doktorantów z Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej UNESCO/PAN zrodził się apel skierowany do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, Polskiej Akademii Nauk, do Parlamentarzystów RP oraz do innych instytucji administracji państwowej. Przy okazji toczącej się publicznej debaty nt. reformy nauki, młodzi badacze w specjalnej petycji pragną [...]
więcej na ten temat możesz dowiedzieć się tutaj
|
U nas było to samo. Przyjazd w niedzielę, rozdanie identyfikatorów, gadka Raka. Ale u nas się streścił, gadanie zajęło mu tylko godzinę. Oczywiście łącznie z przedstawianiem się, mówieniem, co kogo interesuje itd. Przedłużyło się natomiast z kwalifikacją. Jak wiadomo wszystkich z pierwszych klas liceum i nieliczne osoby z 3 gimnazjum próbowano wtrandolić za kołnierz na ogród botaniczny i hydrobiologię. Mnie się nie udało wepchać tam na siłę, mimo usilnych starań tutorów i miałem zajęcia na zakładzie parazytologii UW (gdzie ostatnio byłem na stażu badawczym). Przez cały pierwszy dzień warsztatów byliśmy na Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej. Zaczęło się od wykładu Żylicza dotyczącego historii nauk biologicznych. Potem był jeszcze jeden wykład tego samego profesora, tyle że dotyczący chaperonów. Następnie pierwsza tuta zwiedzania. Potem był wykład Bujnickiego na temat modelowania białek - w sumie science-fiction, ale miło było posłuchać. Następnie druga tura, która skończyła się około godziny 18.30 (o ile dobrze pamiętam). Powrót do Hardcoru. Przez następne dwa dni, Zakład Parazytologii UW. Zadbałem o to, żeby tam pójść (w końcu zgodne z moimi zainteresowaniami) i byłem usatysfakcjonowany. Udało się wstępnie obgadać odnośnie stażu badawczego z kierownikiem zakładu. Następne dwa dni na nenckim (dla niewtajemniczonych Instytut Biologii Doświadczalnej PAN im. Marcelego Nenckiego) w Pracowni Neurobiologii Molekularnej. Oczywiście w międzyczasie było odchamianie na Akademii Muzycznej. Koncert muzyki Szostakowicza. O dziwo na koniec Raku się streścił, nawijał tylko półtora godzinny. Ale i tak, to co powiedział dałoby się streścić.
|
Spektakularne przykłady naukowej nieuczciwości Najczęściej spotykanymi formami nieuczciwości w nauce są zmyślenia, fałszerstwa i plagiaty. "Problem jest globalny i bardzo trudno mu zapobiegać" - mówił prof. Nils Axelsen, jeden z założycieli komisji, zajmującej się przypadkami naukowej nieuczciwości. Podczas wykładu w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie prof. Axelsen dzielił się z polskimi naukowcami i studentami swoim doświadczeniem, wynikającym z pracy w komisji (Danish Committee on Scientific Dishonesty).
Nie pamiętam już gdzie to wyczytałem, ale kiedyś ten duński komitet "wykrył" taką nieuczciwą pracę na temat zmian klimatycznych (ogólnie praca była "pod prąd" ówcześnie przyjętych trendów o efecie cieplarnianym). Później okazało się, że ta "wykryta" praca nie zawierała żadnych zafałszowanych danych czy wyników - a komitet "zaliczył" ją do nieuczciwych dokładnie jej nie sprawdzając. Podsumowując: Komitet mający wykrywać nieuczciwość i nierzetelność w pracach naukowych BADAŁ PRACE NIEUCZCIWIE I NIERZETELNIE. Według badań przeprowadzonych przez CBOS na początku lutego 2006, naukowcy są grupą zawodową najbardziej cenioną w społeczeństwie ze względu na rzetelność i uczciwość w pracy. Bo sprawiać takie wrażenie lubią...
Sprawianie takiego wrażenia na tle innych zawodów nie jest wcale trudne - wystarczy że w danym zwodzie nie bierze się łapówek, nie zawyża cen swoich usług i nie oszukuje na podatkach - i "z biegu" jest się wyżej cenionym niż: lekarze, prawnicy, politycy, prywatni przedsiębiorcy i kilkadziesiąt innych zawodów. W Polsce nie prowadzi się statystyk dotyczących nieuczciwości w nauce. --- Trudno, by coś takiego prowadzono, przecież w Polsce naukowcy są po prostu chodzącymi ideałami ;))) i nigdy nie zdarzyło się im choć troszeczkę naciągnąć... splagiatować, czy sfałszować...
Za to oczywiście lubują się w wieszaniu psów wszelakich na paranaukowcach, to jest ich główna dziedzina zainteresowań ;)
Ci co "lubują się w wieszaniu psów wszelakich na paranaukowcach" są w większości jedynie produktami Twojej wyobraźni nie istniejącymi w rzeczywistości. Najlepiej dowodzi tego niedobór takowych na pl.misc.paranauki (ten niedobór polega na tym, że ich posty tu wysyłane widzi tylko Martin i nikt poza nim).
|
Dodałem nową pozycję w aktualnościach. Polecam wpisane spotkanie! W piątek od 13:15 w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej na ul.Trojdena 4.
|
PRACA DLA PROGRAMISTÓW NA STANOWISKACH: 1) POSTDOC & 2) ASYSTENT W MIĘDZYNARODOWYM INSTYTUCIE BIOLOGII MOLEKULARNEJ I KOMÓRKOWEJ W WARSZAWIE (PRACOWNIA BIOINFORMATYKI I INŻYNIERII BIAŁKA)
1) PostDoc (Research Coordinator) (wynagrodzenie co najmniej 4000 zł/mies., w zależności od kwalifikacji) Osoba zatrudniona na tym stanowisku będzie odpowiedzialna za realizację projektu programistycznego z zakresu bioinformatyki: przewidywanie struktury białek, identyfikacja modeli spełniających więzy wyprowadzone z danych doświadczalnych, praca z bazami danych dotyczących sekwencji, struktury i funkcji białek. PostDoc będzie kierował/opiekował się kilkuosobowym zespołem badawczym (doktoranci, studenci, w perspektywie stworzenie własnej samodzielnej grupy i rozwój własnych badań) oraz składał regularne sprawozdań z postępów prac zespołu. Forma zatrudnienia: umowa o dzieło, możliwa kontynuacja w ramach umowy-zlecenia lub umowy o pracę. FINANSOWANIE Z GRANTÓW: 6 PROGRAM RAMOWY, NIH, KBN.
Od idealnego kandydata na stanowisko PostDoc oczekujemy: Wymagane: - doktorat (nauki przyrodnicze lub ścisłe), ew. bliski termin obrony doktoratu. - duże doświadczenie programistyczne (pożądana znajomość BioPython, Zope) - bardzo dobra znajomość obsługi komputera (Linux, Windows) - dobra znajomość języka angielskiego - duża samodzielność w planowaniu i realizacji celów projektu, samodzielność w pogłębianiu wiedzy - komunikatywność, umiejętność pracy w zespole - umiejętność kierowania pracą kilkuosobowej grupy badawczej - odpowiedzialność, dyspozycyjność, solidność, zainteresowanie i zaangażowanie w pracę nad zadanym projektem - Pożądane: - ogólna wiedza biologiczna i chemiczna, znajomość zagadnień związanych z tematem „struktura i funkcja białek” - znajomość metod analizy sekwencji i przewidywania struktury białek - doświadczenie w zakresie pracy na podobnym stanowisku
2) Asystent (wynagrodzenie co najmniej 2000 zł/mies., w zależności od kwalifikacji) Osoba zatrudniona na tym stanowisku będzie realizować projekt z zakresu bioinformatyki. Forma zatrudnienia: umowa o dzieło, w perspektywnie możliwość podjęcia studiów doktoranckich. Od idealnego kandydata na stanowisko Asystent oczekujemy: Wymagane: - licencjat lub magisterium (nauki przyrodnicze lub ścisłe) - doświadczenie programistyczne - dobra znajomość obsługi komputera (Linux) - znajomość języka angielskiego - komunikatywność, umiejętność pracy w zespole Pożądane: - ogólna wiedza biologiczna i chemiczna, znajomość zagadnień związanych z tematem „struktura i funkcja białek” - znajomość metod analizy sekwencji i przewidywania struktury białek
Oferujemy: - interesująca pracę w młodym, ambitnym i bardzo przyjaznym interdyscyplinarnym zespole. - szerokie możliwości rozwoju zawodowego (wyjazdy do ośrodków zagranicznych) - współautorstwo publikacji powstających w związku z realizacja projektu - realną możliwość zebrania kompletu materiałów do tezy doktorskiej (na stanowisku Asystent) w ciągu 2 lat lub rozprawy habilitacyjnej (na stanowisku PostDoc) w ciągu 3 lat.
Chętnych prosimy o nadsyłanie: CV, listu motywacyjnego oraz konatktu z 1-2
6685384 (dr Janusz M. Bujnicki) oraz strona www: http://genesilico.pl
|
PRACA DLA PROGRAMISTÓW NA STANOWISKACH: 1) POSTDOC & 2) ASYSTENT W MIĘDZYNARODOWYM INSTYTUCIE BIOLOGII MOLEKULARNEJ I KOMÓRKOWEJ W WARSZAWIE (PRACOWNIA BIOINFORMATYKI I INŻYNIERII BIAŁKA)
1) PostDoc (Research Coordinator) (wynagrodzenie co najmniej 4000 zł/mies., w zależności od kwalifikacji) Osoba zatrudniona na tym stanowisku będzie odpowiedzialna za realizację projektu programistycznego z zakresu bioinformatyki: przewidywanie struktury białek, identyfikacja modeli spełniających więzy wyprowadzone z danych doświadczalnych, praca z bazami danych dotyczących sekwencji, struktury i funkcji białek. PostDoc będzie kierował/opiekował się kilkuosobowym zespołem badawczym (doktoranci, studenci, w perspektywie stworzenie własnej samodzielnej grupy i rozwój własnych badań) oraz składał regularne sprawozdań z postępów prac zespołu. Forma zatrudnienia: umowa o dzieło, możliwa kontynuacja w ramach umowy-zlecenia lub umowy o pracę. FINANSOWANIE Z GRANTÓW: 6 PROGRAM RAMOWY, NIH, KBN.
Od idealnego kandydata na stanowisko PostDoc oczekujemy: Wymagane: - doktorat (nauki przyrodnicze lub ścisłe), ew. bliski termin obrony doktoratu. - duże doświadczenie programistyczne (pożądana znajomość BioPython, Zope) - bardzo dobra znajomość obsługi komputera (Linux, Windows) - dobra znajomość języka angielskiego - duża samodzielność w planowaniu i realizacji celów projektu, samodzielność w pogłębianiu wiedzy - komunikatywność, umiejętność pracy w zespole - umiejętność kierowania pracą kilkuosobowej grupy badawczej - odpowiedzialność, dyspozycyjność, solidność, zainteresowanie i zaangażowanie w pracę nad zadanym projektem - Pożądane: - ogólna wiedza biologiczna i chemiczna, znajomość zagadnień związanych z tematem „struktura i funkcja białek” - znajomość metod analizy sekwencji i przewidywania struktury białek - doświadczenie w zakresie pracy na podobnym stanowisku
2) Asystent (wynagrodzenie co najmniej 2000 zł/mies., w zależności od kwalifikacji) Osoba zatrudniona na tym stanowisku będzie realizować projekt z zakresu bioinformatyki. Forma zatrudnienia: umowa o dzieło, w perspektywnie możliwość podjęcia studiów doktoranckich. Od idealnego kandydata na stanowisko Asystent oczekujemy: Wymagane: - licencjat lub magisterium (nauki przyrodnicze lub ścisłe) - doświadczenie programistyczne - dobra znajomość obsługi komputera (Linux) - znajomość języka angielskiego - komunikatywność, umiejętność pracy w zespole Pożądane: - ogólna wiedza biologiczna i chemiczna, znajomość zagadnień związanych z tematem „struktura i funkcja białek” - znajomość metod analizy sekwencji i przewidywania struktury białek
Oferujemy: - interesująca pracę w młodym, ambitnym i bardzo przyjaznym interdyscyplinarnym zespole. - szerokie możliwości rozwoju zawodowego (wyjazdy do ośrodków zagranicznych) - współautorstwo publikacji powstających w związku z realizacja projektu - realną możliwość zebrania kompletu materiałów do tezy doktorskiej (na stanowisku Asystent) w ciągu 2 lat lub rozprawy habilitacyjnej (na stanowisku PostDoc) w ciągu 3 lat.
Chętnych prosimy o nadsyłanie: CV, listu motywacyjnego oraz konatktu z 1-2
(22) 6685384 (dr Janusz M. Bujnicki) oraz strona www: http://genesilico.pl
heheheheh ahahahaha ale się uśmiałem 4k i 2 k błehehehehehehe
|
A jakże, powracam do starej dobrej mody generalizowania :) Spektakularne przykłady naukowej nieuczciwości Najczęściej spotykanymi formami nieuczciwości w nauce są zmyślenia, fałszerstwa i plagiaty. "Problem jest globalny i bardzo trudno mu zapobiegać" - mówił prof. Nils Axelsen, jeden z założycieli komisji, zajmującej się przypadkami naukowej nieuczciwości. Podczas wykładu w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie prof. Axelsen dzielił się z polskimi naukowcami i studentami swoim doświadczeniem, wynikającym z pracy w komisji (Danish Committee on Scientific Dishonesty).
Jak podkreślił, bardzo trudno zapobiegać nieuczciwości w nauce, np. plagiatom, a jeszcze trudniej - wykryć większość takich przypadków. Wyłapywaniu nieuczciwości w nauce nie sprzyja ogrom publikacji. "Codziennie na świecie w dziedzinie samej medycyny ukazuje się średnio 7-8 tysięcy artykułów. Rocznie co najmniej w 15 tysiącach medycznych pism badacze publikują do 3 milionów artykułów" - szacował profesor. Prof. Axelsen zwrócił uwagę, że zbyt duża publikacji łatwo może wzbudzić podejrzenie o niesamodzielność naukowca. "Znamy przypadek uczonego, który publikował średnio co 3,9 dnia" - opowiadał Axelsen.
Profesor przytoczył też wyniki ankiety, którą wypełniali (anonimowo) duńscy naukowcy; jedna trzecia badanych przyznała się do tego, iż w ciągu ostatnich trzech lat przynajmniej raz popełniła jakąś formę nieuczciwości naukowej.
Podając przykłady nieetycznych zachowań naukowców Axelsen przypomniał m.in. historię naukowca z Korei Południowej, który zdobył rozgłos po sklonowaniu ludzkich zarodków i komórek macierzystych, dopasowanych do konkretnych pacjentów. Zakwestionowano autentyczność części jego osiągnięć, a inni koreańscy naukowcy potwierdzili, iż wyniki badań zostały spreparowane.
Aby ograniczać nieuczciwe zachowania w nauce, Danish Committee on Scientific Dishonesty opracował wskazówki, dotyczące m.in. sposobu ogłaszania wyników prac badawczych. Eksperci komitetu zalecają też procedury dokumentowania danych, ustalania autorstwa prac, gromadzenia i wykorzystywania danych.
Według badań przeprowadzonych przez CBOS na początku lutego 2006, naukowcy są grupą zawodową najbardziej cenioną w społeczeństwie ze względu na rzetelność i uczciwość w pracy.
--- Bo sprawiać takie wrażenie lubią... ---
W Polsce nie prowadzi się statystyk dotyczących nieuczciwości w nauce.
--- Trudno, by coś takiego prowadzono, przecież w Polsce naukowcy są po prostu chodzącymi ideałami ;))) i nigdy nie zdarzyło się im choć troszeczkę naciągnąć... splagiatować, czy sfałszować...
Za to oczywiście lubują się w wieszaniu psów wszelakich na paranaukowcach, to jest ich główna dziedzina zainteresowań ;) ---
"Przypadki plagiatu muszą zgłaszać na policję same osoby poszkodowane, o ile oczywiście zdają sobie sprawę, że nieuczciwie wykorzystano ich pracę" - powiedział PAP prof. Zbigniew Szawarski z Komitetu Etyki w Nauce PAN.
Jak dodał, "plagą nauki w krajach Europy Wschodniej, także w Polsce, jest zamawianie i kupowanie prac naukowych u osób piszących je niemal zawodowo za pieniądze. Nie sposób jednak oszacować, ile prac powstaje w taki nieuczciwy sposób".
--- coś koło 80% ??? najczęściej tak, że student lub asystent pisze, a profesor się pod tym podpisze :))) ---
|
Nowe konsorcjum europejskie poszukuje nowych związków, które będą zapobiegać cukrzycy i otyłości. Konsorcjum DIOMED (Cukrzyca, otyłość i medycyna) rozpocznie 22 maja prace, które będą prowadzone przez 3 lata dzięki funduszom w kwocie 813.673 EUR pochodzącym z unijnego programu współpracy terytorialnej dla Południowo-Zachodniej Europy (Interreg IV-SUDOE), który wspiera międzynarodowe i międzyregionalne projekty innowacyjne.
Konsorcjum, koordynowane przez Antonio Zorzano z Instytutu Badań Biomedycznych (IRB) w Barcelonie, w Hiszpanii, skupia ekspertów z dziedziny biologii, chemii, budowy białek, technologii nano-przesiewowych i transferu technologii z sześciu ośrodków z Francji, Hiszpanii i Portugalii. "Projekt ma jasny cel wytworzenia wartości poprzez wyprodukowanie związków przedlekowych, które mogą zostać opatentowane do użycia w terapii cukrzycy i otyłości" - wyjaśnił dr Zorzano. "Później, jeżeli związki okażą się skuteczne u zwierząt z cukrzycą, przejdą testy kliniczne." Badania skoncentrują się na poszukiwaniu molekuł, które oddziałują na trzy białka docelowe (zwane Mitofusin-2, DOR oraz VAT), które, jak wcześniej stwierdzili naukowcy z IRB oraz INSERM (Institut National de la SantĂŠ et de la Recherche MĂŠdicale) we Francji, są powiązane z cukrzycą i otyłością. Jeden z czterech zespołów badawczych konsorcjum, pracujący na Uniwersytecie Santiago de Compostela w Hiszpanii, wykorzysta wysokowydajne przesiewanie do analizy biblioteki chemicznej ponad 1.200 molekuł za pomocą kombinatorycznych technik chemicznych, aby poprawić skuteczność tych związków, które okażą się najbardziej obiecujące. Jeżeli to się uda, naukowcy z IRB, specjalizujący się w identyfikacji genów i analizie mechanizmów molekularnych, będą testować wyniki na modelach zwierzęcych. Równolegle do przeszukiwania bibliotek chemicznych, inni naukowcy z konsorcjum będą zdobywać informacje na temat budowy docelowych białek. Uzyskawszy trójwymiarowy obraz za pomocą krystalografii rentgenowskiej, naukowcy wykorzystają systemy obliczeniowe do poszukiwania molekuł pasujących do struktury. Jednym z celów konsorcjum DIOMED jest promowanie biomedycyny w Południowo-Zachodniej Europie. W związku z powyższym, zarówno innowacyjność jak i transfer technologii do sektora biotechnologicznego są istotne dla powodzenia projektu. "Konsorcjum DIOMED dąży do udostępnienia społeczeństwu korzyści, jakie daje potencjał biomedyczny, naukowy i technologiczny w Południowo-Zachodniej Europie" - powiedział dr Zorzano. Innym dążeniem projektu jest "dokonanie przełomów naukowych, które mogą doprowadzić do podniesienia jakości życia i przyczynić się do wzrostu społeczno-ekonomicznego regionów poprzez opracowanie produktów biotechnologicznych". Obok partnerów z IRB i INSERM, w skład konsorcjum DIOMED wchodzą Park Naukowy w Barcelonie i Uniwersytet Santiago de Compostela w Hiszpanii oraz Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej i Biocant Park w Portugalii. Program Interreg IV-SUDOE jest kontynuacją Interreg III-SUDOE, współfinansowaną z unijnych funduszy strukturalnych w latach 2007-2013. Programy Interreg propagują międzynarodowe, przygraniczne i międzyregionalne inicjatywy z zakresu innowacyjności i konkurencyjności. Źródło: CORDISWięcej informacji: Instytut Badań Biomedycznych: http://www.irbbarcelona.org Aby dowiedzieć się więcej na temat Interreg IV-SUDOE, proszę kliknąć: tutaj. Źródło danych: Instytut Badań Biomedycznych: Referencje dokumentu: Na podstawie informacji uzyskanych z Instytutu Badań Biomedycznych
|
Najczęściej spotykane formy nieuczciwości w nauce to zmyślenia, fałszerstwa i plagiaty. "Problem jest globalny i bardzo trudno mu zapobiegać" - mówi prof. Nils Axelsen, jeden z założycieli duńskiej komisji, zajmującej się naukowymi oszustwami. Jak podkreśla, jeszcze trudniej wykrywać takie przypadki. Wyłapywaniu nieuczciwości w nauce nie sprzyja ogrom publikacji. "Codziennie na świecie w dziedzinie samej medycyny ukazuje się średnio 7-8 tysięcy artykułów. Rocznie co najmniej w 15 tysiącach medycznych pism badacze publikują do 3 milionów artykułów" - szacuje profesor.
PODEJRZANA AKTYWNOŚĆ
Podczas wykładu w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej we wtorek 3 kwietnia w Warszawie prof. Axelsen dzielił się z polskimi naukowcami i studentami swoim doświadczeniem, wynikającym z pracy w komisji (Danish Committee on Scientific Dishonesty).
Prof. Axelsen zwraca uwagę, że zbyt duża publikacji danego naukowca łatwo może wzbudzić podejrzenie o niesamodzielność jego prac. "Znamy przypadek uczonego, który publikował średnio co 3,9 dnia" - opowiada Axelsen.
Profesor przytacza też wyniki ankiety, którą wypełniali (anonimowo) duńscy naukowcy; jedna trzecia badanych przyznała się do tego, iż w ciągu ostatnich trzech lat przynajmniej raz popełniła jakąś formę nieuczciwości naukowej.
WIARYGODNI, CHOĆ NIE ZAWSZE UCZCIWI
Podając przykłady nieetycznych zachowań naukowców, Axelsen przypomniał m.in. historię naukowca z Korei Południowej, który zdobył rozgłos po sklonowaniu ludzkich zarodków i komórek macierzystych, dopasowanych do konkretnych pacjentów. Zakwestionowano autentyczność części jego osiągnięć, a inni koreańscy naukowcy potwierdzili, iż wyniki badań rzeczywiście zostały spreparowane.
Aby ograniczać nieuczciwe zachowania w nauce, Danish Committee on Scientific Dishonesty opracował precyzyjne wskazówki, dotyczące m.in. sposobu ogłaszania wyników prac badawczych; eksperci komitetu zalecają też procedury dokumentowania danych, ustalania autorstwa prac, gromadzenia i wykorzystywania danych.
Z badań przeprowadzonych przez CBOS na początku lutego 2006 roku wynika, że naukowcy są grupą zawodową najbardziej cenioną w społeczeństwie ze względu na rzetelność i uczciwość w pracy.
Niestety, w Polsce nie prowadzi się statystyk dotyczących nieuczciwości w nauce. "Przypadki plagiatu muszą zgłaszać na policję same osoby poszkodowane, o ile oczywiście zdają sobie sprawę, że nieuczciwie wykorzystano ich pracę" - mówi prof. Zbigniew Szawarski z Komitetu Etyki w Nauce PAN.
Jak dodaje, "plagą nauki w krajach Europy Wschodniej, także w Polsce, jest zamawianie i kupowanie prac naukowych u osób piszących je niemal zawodowo za pieniądze. Nie sposób jednak oszacować, ile prac powstaje w taki nieuczciwy sposób".
PAP - Nauka w Polsce, Anna Zdolińska
|
Artykuł z portalu Onet.pl. Zwracam uwagę na ostatni akapit.
Przekłuć ten balon O tym, jak korporacja profesorów i nauczycieli akademickich broni swojego wygodnego życia Z prof. Leszkiem Pacholskim, byłym rektorem Uniwersytetu Wrocławskiego rozmawia Edwin Bendyk.
Edwin Bendyk: Głośno zapowiadane reformy polskiej nauki i szkolnictwa wyższego mają niebawem wejść w decydującą fazę. Znamy już projekty pięciu pierwszych ustaw.
Prof. Leszek Pacholski: Zanim zaczniemy o nich mówić, warto sobie uzmysłowić skalę przedsięwzięcia. Państwo polskie przeznacza na naukę i edukację wyższą ok. 12 mld zł. Dla porównania budżet jednego tylko amerykańskiego Uniwersytetu Stanforda to 2,5 mld dol.
Jesteśmy biedniejsi od Stanów Zjednoczonych i trudno nam się do nich porównywać.
Ale musimy zdawać sobie sprawę, że w nauce konkurujemy bezpośrednio ze Stanami i nikt nie daje polskim uczonym taryfy ulgowej ze względu na naszą biedę. Zacząłem jednak od pieniędzy nie dlatego, by przekonywać, że to właśnie ich brak jest główną przyczyną mizernej kondycji naszej nauki i uniwersytetów. Mając tak mało środków, tym bardziej musimy dobrze je wydawać, czyli zacząć od pytania zasadniczego: jaki jest cel istnienia systemu nauki i szkolnictwa w takim kraju jak Polska.
Wydaje się to oczywiste - prowadzenie badań naukowych i kształcenie studentów.
Tak powinno być. Ale w tej chwili system ten działa głównie po to, żeby korporacja profesorów i nauczycieli akademickich miała wygodne życie, bez wielkiego stresu i bez wielkiej odpowiedzialności. Model kariery naukowej polega na "chowie wsobnym", uczelnie i instytuty nie szukają najlepszych uczonych, a programy nauczania nie są tworzone pod kątem potrzeb studentów, lecz ze względu na istniejącą strukturę kadrową. Mówię, oczywiście, o tendencji dominującej - są wyjątki, godne naśladowania enklawy zachowań merytorycznych, ale to jednak mniejszość.
Pierwsze reakcje na propozycje reform, przygotowane przez zespół, w którego pracach pan uczestniczył, nie podnosiły jednak tych kwestii. Główny atak, jeszcze przed ogłoszeniem założeń, skupił się na pomyśle likwidacji habilitacji.
Bo habilitacja to kluczowy element naszego systemu akademickiego. Oczywiście, oznacza ona prestiż i często świadczy o sporym dorobku naukowym. Ważniejsze jest jednak, że habilitacja daje gwarancję zatrudnienia oraz otwiera drogę do struktur władzy w świecie akademickim, a co za tym idzie, ma wymiar czysto polityczny. Po pierwsze, doktor habilitowany zyskuje prawo do wykładania, przez co, w świetle obowiązujących w Polsce ustaw, staje się cennym towarem na rynku edukacyjnym. Budząca emocje wieloetatowość na naszych uczelniach wynika właśnie z popytu na samodzielnych pracowników nauki. A przecież w szkołach wyższych, nie mających ambicji akademickich, wykłady z powodzeniem mogliby prowadzić doktorzy. Po drugie, habilitacja otwiera prawo do naukowej reprodukcji, czyli do promowania doktorów. No i po trzecie, jest przepustką do ciał kolegialnych zarządzających nauką i szkolnictwem. Broniąc habilitacji, korporacja profesorów broni swoich interesów.
Zwolennicy habilitacji podkreślają jednak jej konieczność - ma ona uniemożliwić karierę naukową miernotom.
Habilitacja broni korporację - zresztą często nieskutecznie - przed patologią i niekompetencją. Nie broni jej jednak przed przeciętnością i nie promuje doskonałości. Podobnie zresztą działa w Polsce akredytacja i inne centralne mechanizmy oceny. Wolałbym, abyśmy więcej pieniędzy i energii społecznej przeznaczyli na wyławianie tego co najlepsze, a mniej na walkę z patologiami.
W 2005 r. uczestniczyłem w konferencji informatycznej, podczas której Brytyjczyk Robin Milner, jeden z najwybitniejszych informatyków na świecie, otrzymywał kolejne ważne wyróżnienie. Gdy zapytałem, u kogo Milner robił doktorat, usłyszałem, że nie ma doktoratu. Co nie przeszkadzało, żeby był profesorem takich uczelni jak Uniwersytet Stanforda i Cambridge. Od innego kolegi usłyszałem opinię, że w Stanach Zjednoczonych słabe uniwersytety zatrudniają uczonych na podstawie liczby publikacji. Dobre oceniają czasopisma, w których kandydat publikuje. Najlepsze, jak Stanford lub MIT, zatrudniają po prostu najlepszych.
Jak to wygląda w Polsce? Przykład z mojej uczelni - kilkanaście lat temu o zatrudnienie ubiegało się trzech kandydatów, a decyzję miała podjąć rada wydziału. W głosowaniu przepadł najlepszy kandydat, późniejszy laureat nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, czyli tzw. polskiego Nobla. Ze względu na logikę systemu każda uczelnia zrezygnuje z najzdolniejszego nawet doktora, jeśli w jego miejsce pojawi się doktor habilitowany. Nie zamierzam jednak kruszyć kopii o habilitację. Może być utrzymana pod warunkiem, że zostaną ograniczone związane z nią automatycznie przywileje.
Czyli spór o habilitację jest w istocie sporem o sam system, którego podstawą w tej chwili jest demokracja korporacyjna.
Tak, i to jest zły system. Po pierwsze, o czym już pan pisał, prowadzi do mediokracji, czyli władzy osób, które nie mają interesu w śrubowaniu jakości badań i kształcenia. Po co zatrudniać najlepszych, skoro będą z nami konkurowali o studentów, miejsca w laboratoriach i pieniądze na konferencje. Dalej, rządy demokracji korporacyjnej powodują nieracjonalny rozwój kadry naukowej, która w tych warunkach rośnie z podobną dynamiką jak drożdże - gdy liczebność grupy profesorów w jednej dziedzinie przekroczy pewien pułap, na uczelni lub w skali kraju, dziedzina ta zyskuje dużą siłę wpływu. I, mimo że i tak pracuje w niej już zbyt wielu profesorów, ich liczba dalej rośnie.
Z kolei dziedziny młode mają niewielką reprezentację kadrową i nawet jeśli są perspektywicznie bardziej potrzebne od starych kierunków, to jednak nie dysponują wpływami potrzebnymi do wywalczenia warunków niezbędnych do ich rozwoju. Wiadomo, że etaty są towarem reglamentowanym, więc każdy kierownik walczy o etaty dla siebie, swoich uczniów i kolegów. Nie ma miejsca na zatrudnianie ludzi ze specjalności, które nie są jeszcze reprezentowane. Silny kierownik potrafi gromadzić wszystkie etaty wokół siebie.
Demokracja korporacyjna prowadzi do rozmycia odpowiedzialności za decyzje. Pamiętam, jak senat mojej uczelni potrafił podczas jednej sesji podejmować sprzeczne ze sobą uchwały. Jednocześnie system ten zmusza do łączenia funkcji administracyjnych z naukowymi. Kto chce zajmować się tylko nauką, traci wpływy. Uczestnicząc zaś w grze o władzę, traci czas potrzebny na badania.
Skoro taki system nie sprzyja jakości uprawianej nauki, to może przynajmniej nie szkodzi procesowi edukacyjnemu?
Szkodzi dokładnie z tych samych powodów, bo programy studiów nie zawsze są tworzone z myślą o studentach, tylko z myślą o aktualnej sytuacji kadrowej. Chodzi o to, żeby tak ułożyć program, by dla wszystkich zatrudnionych znalazło się pensum, czyli wymagane obłożenie godzinowe. A czy to ma jakikolwiek sens merytoryczny? Ten problem jest dla autorów programów drugorzędny. Edward Lucas, środkowoeuropejski korespondent tygodnika "The Economist", powiedział, że polskie uniwersytety przerabiają diamenty na węgiel. To brutalne, lecz trafne stwierdzenie. Dysponujemy wielkim majątkiem, jakim jest talent, entuzjazm i głód sukcesu naszej młodzieży. Ci młodzie ludzie potrzebują liderów, którzy odpowiednio nimi pokierują, pokażą problemy, których rozwiązanie zapewni międzynarodowy sukces, a nie tylko awans naukowy. Bardzo zdolnym trzeba stawiać bardzo ambitne cele, a te potrafi formułować tylko człowiek kompetentny i ambitny.
Jaką więc proponuje pan receptę?
Jestem przekonany, że jedynym rozwiązaniem jest wprowadzenie podobnego do amerykańskiego systemu zarządzania nauką i szkolnictwem wyższym. Polega on na wyraźnym rozdzieleniu funkcji naukowych od administracyjnych. Uczelniami i instytutami kierują zawodowi menedżerowie. Ponoszą jednoosobową odpowiedzialność za realizację postawionych przed ich instytucją celów, czyli za poziom kształcenia lub za poziom badań naukowych.
Oczywiście, to nie oni bezpośrednio kierują badaniami, lecz mają stwarzać systemowe i finansowe warunki dla ich rozwoju. Polega to m.in. na poszukiwaniu najlepszych uczonych, za którymi idą pieniądze z grantów i subwencji badawczych oraz do których lgną najlepsi studenci, a nie takich, którzy mają długie listy nic nieznaczących publikacji. Menedżer powinien być całkowicie niezależny w swych decyzjach od korporacji uczonych, jego zwierzchnikiem powinna być rada powiernicza, złożona m.in. z osób wskazanych przez ministra nauki, a także władz lokalnych. Uczelnia nie może być oderwana od społeczności, w której funkcjonuje.
Taki model zarządzania obowiązuje w uczelniach niepublicznych.
Dobre wzory należy kopiować, a nie z nimi walczyć. Co ciekawe, przedstawiciele uczelni niepublicznych, pracujący w zespole ds. reform, protestowali przeciwko takiemu kierunkowi zmian w szkołach państwowych. Wiedzieli doskonale, że taka reforma zmniejszyłaby znaczenie głównego atutu, jakim dysponują szkoły prywatne - sprawniejszego zarządzania.
Miał pan ambitne plany reformy Uniwersytetu Wrocławskiego. Nie zdążył pan.
Reformatorzy nie mają zbyt wielkich szans w systemie demokracji korporacyjnej. Ale zmiany, które wprowadziłem, spowodowały prawie podwojenie kwoty grantów otrzymywanych przez pracowników uczelni i awans naszego uniwersytetu na trzecie miejsce w rankingu "Rzeczpospolitej" i "Perspektyw".
A jak pan ocenia przygotowywane reformy całego systemu nauki i szkolnictwa wyższego?
Wszystko zależy od szczegółowych przepisów, które znajdą się w uchwalonych ustawach. Mam jednak prawo przypuszczać, że reforma sprowadzi się w istocie do zmian kosmetycznych, niedotykających istoty problemów, o których mówiłem. A jeśli tak, to szkoda po prostu czasu. Potrzebujemy głębokich zmian, a te muszą boleć. Kto się zdecyduje na zadanie bólu? Na pewno nie samo środowisko naukowe, bo nie ma w tym interesu. Czy wystarczy odwagi politykom? Wątpię.
Co w takim razie?
Coraz poważniej myślę, że jedynym rozwiązaniem jest budowanie równoległych struktur, np. niezależnych instytutów badawczych, które zaszczepiałyby światowe standardy. Taką próbą było powołanie Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie. Niestety, choć świetnie funkcjonuje, nie stworzył masy krytycznej, zdolnej wpłynąć na resztę systemu. Potrzeba więcej podobnych instytucji, zarządzanych nowocześnie i utrzymujących bliski kontakt ze światem.
|
>>Sale akademickie są odległe od barów Dodge City, jednak niecierpliwe palce nader często dotykają spustu profesorowie zaś znajdują sposoby, aby niecierpliwość ową nieustannie pobudzać. Oczywiście nie ma żadnej rzeczywistej walki, profesorowie wolą walczyć na stronach czasopism akademickich. Jeśli nie jesteś na linii ognia, spory te mogą być zabawne. Jeden z bardziej zasadniczych odbył się ostatnio na stronach czasopisma "Evolution".
Okazją była publikacja nowych książek autorstwa Stevena J. Goulda i Richarda Dawkinsa. W świadomości opinii publicznej Gould i Dawkins są ucieleśnieniem nowożytnej teorii ewolucji. [..] Oprócz popularyzowania ewolucji, zarówno Dawkins, jak i Gould wnieśli nowe pomysły do ewolucyjnej teorii. Podczas gdy większość paleontologów nadal próbowała wcisnąć na siłę zapis skamielin do wzoru, którego spodziewał się Darwin - stopniowe zmiany odbywające się w długich okresach, pozostawiające za sobą niezliczone skamieliny form pośrednich - we wczesnych latach siedemdziesiątych Gould i Niles Eldredge zaproponowali koncepcję "przerywanej równowagi". [..] Teoria ta nie mówi nic o tym, co powoduje okresy stagnacji oraz okresy nieustannej zmiany. Tak czy owak, zanim pojawili się Gould i Eldredge, większość paleontologów sądziła, iż brak zmian w linii skamielin nie jest interesujący. Teraz są to dane, które się publikuje - połowa z nich dotyczy przerywanej równowagi.
Pomysł Dawkinsa jest bardziej subtelny i w większym stopniu oparty na przypuszczeniach niż pomysł Goulda. Co jest dobierane? Kiedy ma miejsce dobór naturalny? Kwestia ta była dyskutowana od czasów Darwina, przy czym niektórzy ewolucjoniści argumentowali za gatunkami jako całością, podczas gdy inni utrzymywali, iż dobierany jest poszczególny organizm. Dawkins kwestionuje koncepcję mówiącą, iż dobór naturalny występuje na poziomie genu. Ogromny w ostatnich dziesięcioleciach postęp biologii molekularnej, która przyjmuje pogląd na życie, uznający iż centrum stanowi gen, pomógł przesunąć w tym kierunku punkt widzenia Dawkinsa. Jednak w przeciwieństwie do skamielin Goulda, tak zwane "samolubne geny" Dawkinsa są prawie wyłącznie hipotetyczne.
Ewolucjoniści zarówno z Harvardu, jak i z Oksfordu formułowali swoje teorie na kształt filozofii życiowych. Teoria Dawkinsa jest nieustająco ponura: "Wszechświat, który oglądamy, ma dokładnie te własności, których powinniśmy się spodziewać, jeśli u samych podstaw nie ma żadnego wzoru, żadnego celu, żadnego dobra i zła, nic poza bezsensowną obojętnością". Samolubne geny w jakiś sposób "chcą" być duplikowane, jednak w dążeniu do tego celu ból lub przyjemność, jaką fundują swoim świadomym robotom-żywicielom, nie ma żadnego sensu. Pogląd Goulda jest trochę bardziej pogodny. Podkreślając rolę przypadku w porosłym bluszczem gmachu życia, uznaje, że gatunki pojawiają się i giną bez żadnego dostrzegalnego powodu - biologiczna rewolucja może się powieść jedynie dzięki ślepemu fartowi. Od czasu do czasu Gould otwarcie przewidywał śmierć darwinizmu, który miał być zastąpiony czymś bardziej zbliżonym do jego filozofii (co miało otrzymać swoją nazwę później). Takie odchylenia wywołują u darwinistów zgrzytanie zębami.
"Evolution" zaprosiło Goulda i Dawkinsa do dokonania wzajemnej oceny swoich książek "Full House" (Pełny dom) oraz "Climbing Mount Improbable" (Wejście na Górę Nieprawdopodobieństwa) poprzez recenzje ukazujące się równocześnie w tym samym numerze. Gould zaistniały spór przyjął bardzo dzielnie, sam jednak nie zadał żadnych ciosów. Dawkins pogardliwie zauważył, iż "ogólny statystyczny argument Goulda jest poprawny i umiarkowanie interesujący, nie bardziej jednak niż szereg innych kazań rutynowej metodologii, którą można zajmować się w sposób obsesyjny". [..]
W pierwszym zdaniu swojej recenzji Gould cytuje starożytnego greckiego poetę: "Lisy wiedzą o wielu rzeczach, jeże zaś wiedzą o jednej wielkiej rzeczy". W żadnym innym miejscu Gould nie wyraża się jaśniej. Jako osoba prowadząca kolumnę w czasopiśmie "Natural History" nie ma nic istotnego do powiedzenia.
Jest to zaskakujące. "Climbing Mount Improbable" jest łatwym celem do ataku i to ataku zdecydowanego. Oto przykład. W rozdziale zatytułowanym "Czterdziestoczęściowa ścieżka do Oświecenia" Dawkins opisuje wiele różnych rodzajów oka w przyrodzie, takich jak fotograficzne oko kręgowców bądź złożone oko owadów. Pomimo ich różnic, na poziomie komórkowym wszystkie rodzaje oka działają w ten sam sposób - światłoczułe komórki posiadają cały szereg membran, każda wyposażona w ultrawyrafinowany molekularny mechanizm do wyłapywania fotonów. W jaki sposób dobór naturalny mógł wytworzyć ten molekularny mechanizm? Nie ma problemu, powiada Dawkins. Chcąc zilustrować budowę światłoczułej komórki, pisze:
"Mamy dziewięćdziesiąt dziewięć warstw membrany na niniejszym rysunku. Dokładna ilość nie ma znaczenia [...]. Chodzi o to, iż dziewięćdziesiąt dziewięć membran jest bardziej skutecznych w zatrzymywaniu fotonów niż dziewięćdziesiąt, dziewięćdziesiąt jest bardziej skutecznych niż osiemdziesiąt dziewięć, itd. Aż do jednej membrany, która jest bardziej skuteczna od zera membran. Jest to ten rodzaj rzeczy, który mam na myśli, kiedy mówię, iż istnieje jakieś łagodne nachylenie prowadzące na Górę Nieprawdopodobieństwa.
"Jedna membrana, która jest bardziej skuteczna od zera membran?" No cóż, zastanówmy się nad tym. Jeśli komórka ma dziewięćdziesiąt jeden światłoczułych membran bądź dziewięćdziesiąt, bądź tylko jedną, wówczas najwyraźniej posiada już informację potrzebną do stworzenia jakiejś membrany. Jeśli jednak komórka posiada zero membran, wówczas nie posiada tej informacji, w jaki więc sposób jest w stanie taką membranę stworzyć? Weźmy pod uwagę pewną analogię. Przypuśćmy, iż w probówce byłoby dziewięćdziesiąt jeden bakterii. Dziewięćdziesiąta pierwsza bakteria powstała przez reprodukcyjny podział dziewięćdziesiątej, dziewięćdziesiąta z osiemdziesiątej dziewiątej, itd. Skąd się wzięła pierwsza? Przez podział zerowej? Przejście od jednej do dwóch jednostek to proste podwojenie. Przejście z zera do jednej jest nieskończonym przyrostem. Pewne łagodne nachylenie.
Czy osoba piastująca katedrę społecznego rozumienia nauk przyrodniczych na Uniwersytecie w Oksfordzie nie pojmuje tak prostej logicznej zasady? Mało prawdopodobne. Znacznie bardziej wiarygodne jest to, iż upiększa podstawy nowych biologicznych struktur, ponieważ tu właśnie znajduje się punkt w procesie ewolucji, co do którego darwinizm ma niewiele do powiedzenia. Tak jak to Dawkins wyznał szczerze w przedmowie do "The Blind Watchmaker": "Czasami nie wystarczy przedłożyć czytelnikowi dowody w pozbawiony emocji sposób. Musisz być adwokatem i wykorzystać tricki rzemiosła adwokackiego". Sądzę, iż zero dające początek jedności jest pewnym trickiem rzemiosła adwokackiego.
Sceptyczny czytelnik znajdzie znacznie więcej przykładów niejasnego myślenia w książce "Climbing Mount Improbable". Ktoś z takimi pobudkami i taką fachową wiedzą jak Gould mógł je wypunktować. Plątał się on jednak w wyjaśnieniach na 4000 słów.
Gra w otwarte karty pomiędzy domniemanymi przeciwnikami, która pali na panewce, może być pouczająca. Prosta prawda jest taka, iż niezależnie od różnic stylu czy akcentowania, pomimo rozmaitych ulubionych teorii, przyparty do muru Gould zgadza się z Dawkinsem. Jako materialista nie za bardzo mógł uczynić inaczej. Wydarzenia ewolucji mogą wydawać się szybkie, gdy je przykładać do geologicznej skali czasu, przyznaje Gould. Są one jednak powolne w porównaniu z okresami tworzenia się organizmów. Złożone przystosowania są budowane stopniowo, krok po kroku. Według ewolucjonisty tak być musi, w przeciwnym razie mogłyby być budowane tylko przez Boga. [..] Pojedynek okazał się fałszerstwem: wiele działań i efektów specjalnych, w końcu jednak udawanie. Każdy zgodził się przystać na to, iż w sposób przerywany czy nie - ślepy zegarmistrz stoi za wszelką żywą rzeczywistością, nieświadomie budując i niszcząc.
No cóż, nie każdy.
"Przejdźmy bezpośrednio do kwestii ewolucji i jej mechanizmów. Mikrobiologia i biochemia wniosły tutaj rewolucyjne intuicje [...]. Jest sprawą nauk przyrodniczych wyjaśnienie, w jaki sposób drzewo życia nadal rośnie i w jaki sposób wyrastają z niego nowe gałęzie. Nie jest to zagadnienie wiary. Powinniśmy jednak mieć śmiałość powiedzieć, iż wielkie projekty dotyczące żywego stworzenia nie są produktem przypadku i błędu [...]. Wskazują na stwórczą Przyczynę i pokazują nam stwórczą Inteligencję, i czynią to dziś w sposób bardziej zrozumiały i jaśniejszy niż kiedykolwiek dotąd [...] Ludzie nie są pomyłką lecz czymś zamierzonym." Tak pisał w 1986 r. kardynał Joseph Ratzinger w niewielkiej książce zatytułowanej "In the Beginning: A Catholic Understanding of the Story of Creation and the Fall" (U początków: katolickie rozumienie historii stworzenia i upadku). W tym krótkim fragmencie kardynał Ratzinger ściera się z Dawkinsem bardziej, niż zrobił to kiedykolwiek Gould. Pozostawiając kwestię mechanizmu nauce, kardynał Ratzinger różni się od Dawkinsa w kwestii zasadniczej: rozwój życia nie był ślepym lecz, zamierzonym procesem. Aby wesprzeć swoje twierdzenie, wskazuje na postępy w podstawowej nauce o życiu, jaką jest biochemia. Stoi on na bardzo mocnym gruncie.
Jeśli nie jesteś na linii ognia, spór może być zabawny. Jeśli zaś jesteś w samym jego środku, rzeczy mają się zupełnie inaczej. W lecie 1996 r. wydawnictwo Free Press opublikowało moją książkę "Darwin's Black Box: The Biochemical Challange to Evolution" (Czarna skrzynka Darwina: Biochemiczne wyzwanie wobec ewolucji), której główna teza została zapowiedziana przez kardynała Ratzingera. Nowoczesna biochemia rzeczywiście odkryła oszałamiającą, niespodziewaną złożoność leżącą u podstaw życia. Dowiedzieliśmy się, iż komórka jest dosłownie napędzana przez molekularne urządzenia. Bakteria porusza się w płynie, dzięki molekularnemu zewnętrznemu silnikiowi zwanemu "flagellum"; molekularne zapasy znajdują się wewnątrz małych ciężarówek, które posuwają się tam i z powrotem po komórce, dostarczając towar do wyspecjalizowanych przegród; komórka dokonuje ponownego ułożenia swego DNA, aby wytworzyć nowe przeciwciała w celu zwalczenia choroby. Argumentowałem, iż systemy te są w sposób nieredukowalny złożone, mając na myśli to, że potrzebują wielu części, aby funkcjonować. Jak mechaniczna łapka na myszy potrzebuje swoich kilku części, aby funkcjonować jako łapka na myszy, tak również owe biochemiczne systemy potrzebują każdej ze swoich części i stąd jest całkiem nieprawdopodobne, by zostały one nagromadzone stopniowo, tak jak chciałaby tego teoria Darwina. Dokonałem przeglądu fachowej literatury biochemicznej - takich czasopism, jak "Proceedings of the National Academy of Science" oraz "Journal of Molecular Biology" - i pokazałem, iż żaden naukowiec nie wytłumaczył, w jaki sposób tak złożone systemy mogłyby powstać przez dobór naturalny. Na podstawie przebadania sposobu, w jaki pewne biochemiczne systemy oddziaływają nawzajem na siebie, argumentowałem, iż systemy te zostały w sposób zamierzony zaprojektowane przez inteligentnego sprawcę.
Wielu ewolucyjnych biologów bez chwili wahania sprzeciwiło się tej tezie.
Książka "Darwin's Black Box" została szeroko zrecenzowana. W szczególności wielu znanych biologów ewolucyjnych, wszyscy zdeklarowani darwiniści, miało okazję aby ją ostro skrytykować. Być może najlepsza była dwustronicowa recenzja w "Nature", najbardziej znanym czasopiśmie naukowym na świecie. Autorem był Jerry Coyne, profesor biologii ewolucyjnej na uniwersytecie w Chicago, i - jak się okazało - redaktor odpowiedzialny za recenzje książek w czasopiśmie "Evolution", który namówił Goulda i Dawkinsa do zamieszczenia w swoim czasopiśmie recenzji swoich książek. Cóż więc ma do powiedzenia czołowy darwinista, kiedy staje przed stwierdzeniem, że molekularna podstawa życia w sposób zdecydowany wskazuje na zamysł? Najpierw małe obrzuceniem błotem: "Celem kreacjonistów było zawsze zastąpienie nauczania ewolucji opowiadaniem z pierwszych jedenastu rozdziałów Księgi Rodzaju. [..]" To początek. Jerry Coyne kończy zaś recenzję opowiadaniem o Duane Gishu z popierającego koncepcję młodej ziemi Instytutu Badań nad Stworzeniem. Pomiędzy tymi nadającymi ton paragrafami autor przyznaje przy okazji, że "Behe jest prawdziwym naukowcem", że nie wierzę w młodą ziemię i sądzę, iż wspólne pochodzenie jest pomysłem rozsądnym. Odpowiedzialność budowana na podstawie skojarzeń rzeczywiście ułatwia pracę recenzenta.
Potem jeszcze trochę zabawy ze mną i Coyne w końcu przystępuje do ustosunkowania się do argumentu dotyczącego zamysłu.
"Odpowiedź na racje Behe'a leży w uświadomieniu sobie, iż biochemiczne ścieżki [...] zostały zmontowane z elementów dokooptowanych z innych ścieżek ... Trombina na przykład jest jedną z głównych protein odpowiedzialnych za krzepnięcie krwi, działa jednak również w procesie podziału komórek i jest powiązana z trawiennym enzymem trypsyną. Kto wie, która funkcja pojawiła się najpierw?"
Dobre pytanie - kto wie, która funkcja pojawiła się najpierw? Nikt nie wie. Nikt także nie wie, w jaki sposób jedna funkcja może wyjaśniać drugą. Jest to jak mówienie, iż sprężynki znajdują się zarówno w zegarkach, jak i łapkach na myszy, tak więc być może jedno wyjaśnia drugie. Jednak zagadnienie, w jaki sposób skomplikowane systemy biochemiczne zgromadziły się razem, tak naprawdę nie interesuje Coyne'a. "Możemy na zawsze nie potrafić wyobrazić sobie pierwszych [biochemicznych] protościeżek. Trudno jednak uzasadniać, że dlatego, iż jeden człowiek nie potrafi sobie takich ścieżek wyobrazić, nie mogły one istnieć."
Najwyraźniej argument Coyne'a jest taki: nie potrzebujemy dowodów; życie po prostu musiało powstać według zasad Darwina.
Coyne nie jest odosobniony w swojej niemożności odpowiedzenia na biochemiczne argumenty za istnieniem inteligentnego zamysłu. W "New York Times Book Review" naukowy publicysta James Shreeve stwierdza: "Pan Behe może mieć rację, że - jeśli wziąć pod uwagę aktualny stan wiedzy - stara, dobra darwinowska ewolucja nie może wyjaśnić pochodzenia krzepnięcia krwi bądź transportu komórkowego". W czasopiśmie "National Review", mikrobiolog James Shapiro z Uniwersytetu w Chicago przyznaje: "Nie istnieją żadne szczegółowe darwinowskie racje za ewolucją jakiegokolwiek podstawowego biochemicznego bądź komórkowego systemu, jedynie różnorodność życzeniowych spekulacji". Andrew Pomiankowski, piszący w "New Scientist", oświadcza: "Weźcie jakikolwiek podręcznik biochemii, a znajdziecie może dwa, trzy przypisy odniesione do ewolucji. Zaglądnijcie do jednego z nich. Będziecie mieli szczęście, jeśli znajdziecie coś lepszego niż zdanie: >> ewolucja dobiera cząsteczki najbardziej przystosowane do ich biologicznej funkcji<< ".
Darwinizm umiera na to samo schorzenie, które zabiło inne zarzucone teorie - postęp samej nauki. Wydaje się, że wraz z każdym nowym odkryciem - szczególnie odkryciami dotyczącymi molekularnej podstawy życia - dobór naturalny ma nowy problem. Jednak dla darwinizmu problemy nie pochodzą jedynie z nowych odkryć. Pochodzą one także z odkryć starych.
Fałszowanie faktów
Prawdopodobnie każdy z nas pamięta rysunki w podręcznikach do biologii w szkole średniej. Pierwszy rząd przedstawia małe, pozwijane stworzenia podobne do robaków, o dziwnym kształcie głowy, wszystkie bardzo podobne do siebie. W drugim i trzecim rzędzie każdy robak stopniowo przekształca się w oddzielny kształt: ryby, salamandry, kurczaka, człowieka. To jest, proszę studentów, embriologia, jesteście świadkami rozwoju różnych kręgowców do ich form dorosłych. Szkice te zostały po raz pierwszy sporządzone przez wybitnego XIX-wiecznego naukowca Ernsta Haeckla, wielkiego wielbiciela Darwina. Haeckel pokazał, że wszystkie kręgowce we wczesnych stadiach rozwoju wyglądają podobnie, jednak później ich formy się różnicują.
Rysunki Haeckla stanowią bardzo przekonywający dowód na realność ewolucji. Trudno jest studentom przyglądać się rysunkom, na których podobne do siebie embriony zmieniają się w różne formy dorosłe, i nie pomyśleć, że niewiele brakowało, a byłoby nieszczęście. Jednak dzięki łasce ewolucji oto powstałem ja.
Wiele podręczników do biologii w szkołach średnich i wyższych wykorzystuje prace Haeckla, ponieważ jego rysunki są bardzo sugestywne oraz dlatego, że ilustrują podstawowe zasady, według których miałaby przebiegać ewolucja. Podręcznik "Molecular Biology of the Cell" (Biologia Molekularna Komórki), autorstwa rektora Państwowej Akademii Nauk Bruce'a Albertsa, laureata Nagrody Nobla Jamesa Watsona oraz kilku innych wpływowych naukowców, wyjaśnia nam, dlaczego: "Wczesne stadia rozwojowe zwierząt, których formy dorosłe zupełnie się różnią, są często zaskakująco podobne [...]. Nietrudno zrozumieć podobne obserwacje. Weźmy pod uwagę proces, w którym nowe cechy anatomiczne - na przykład wydłużony dziób - pojawiają się w toku ewolucji. Dokonuje się przypadkowa mutacja, która zmienia kolejność występowania aminokwasów w białku lub też przesuwa moment jego syntezy, a zatem jego biologiczną aktywność. Zmiana ta może, przypadkowo, wpłynąć na komórki odpowiedzialne za tworzenie się dzioba w taki sposób, że tworzą one dziób, który będzie dłuższy niż inne. Mutacja ta jednak musi być również zgodna z rozwojem pozostałej części organizmu; dopiero wówczas będzie ona przekazywana z pokolenia na pokolenie przez dobór naturalny. Byłoby mało istotnych korzyści z utworzenia dłuższego dzioba, jeżeli w ramach tego procesu zaniknąłby język, czy też nie rozwinęły się uszy. Tego typu katastrofa jest bardziej prawdopodobna, jeżeli mutacja będzie miała wpływ na wydarzenia dziejące się na początku procesu rozwojowego niż wówczas, gdy będzie miała wpływ na wydarzenia występujące przy jego końcu. Wczesne komórki embrionu są jak karty ustawione na spodzie domku z kart - wiele od nich zależy i jest prawdopodobne, że nawet małe zmiany w ich właściwościach spowodują katastrofę".
Tak, biologowie ewolucyjni znają siłę oddziaływania prac Haeckla. Najlepsi naukowcy, tacy jak Alberts i Watson, rozumieją, jak ściśle fakty te pasują do teorii Darwina. Trudno, aby mogło być inaczej.
Jest tylko jeden mały problem: embriony nie wyglądają w ten sposób. Rysunki oszukują. Haeckel sfałszował dane.
W ubiegłym roku angielski naukowiec Michael Richardson, mając podejrzenia co do rysunków Haeckla, zwołał spotkanie międzynarodowego zespołu embriologów w celu potwierdzenia prawdziwości pracy Haeckla. Nie udało się. Elizabeth Pennisi zrelacjonowała wyniki badań w magazynie "Science". "Haeckel nie tylko dodawał lub pomijał pewne cechy [...] lecz także sfałszował skalę po to, aby wyolbrzymić podobieństwa pomiędzy gatunkami, nawet tymi, które dziesięciokrotnie różniły się rozmiarami. Dodatkowo Haeckel zamazał różnice przez nienazywanie gatunków w większości przypadków, tak jakby jeden przedstawiciel gatunku był całkowicie reprezentatywny dla całej grupy zwierząt. W rzeczywistości [...] nawet blisko spokrewnione embriony, na przykład pewnych gatunków ryb, znacznie się różnią pod względem wyglądu i sposobu rozwoju".
Richardson podsumowuje: "Wygląda na to, że sprawa ta jest jednym z najsłynniejszych fałszerstw w biologii".
W siódmej klasie szkoły parafialnej, do której chodziła moja żona, nauczyciel, brat zakonu Świętego Krzyża, pokazał klasie na zajęciach z biologii rysunki Haeckla. "Ewolucja jest faktem", powiedział im dobry braciszek, "musicie się do tego przyzwyczaić". W ciągu ostatniego stulecia wielu studentów usłyszało to samo, pogodzili się więc z teorią Darwina, najlepiej jak tylko mogli. Nie należy jednak winić nauczycieli. W końcu jeżeli laureaci Nagrody Nobla i rektorzy Państwowej Akademii Nauk zapewniają, że tak wyglądają embriony, jak może się z tym nie zgodzić ktoś, kto naukowcem nie jest?
Ktoś, kto nie jest naukowcem, nie może się nie zgodzić. Jednak w ubiegłym wieku niektórzy naukowcy z odpowiednich dziedzin uważali, że dane zaprezentowane przez Haeckla są podejrzane. Rzeczywiście, w XIX wieku wykładowcy uniwersytetu, w którym pracował, postawili go przed komisją badającą zarzuty fałszerstwa. Haeckel przyznał się, iż swój rysunek sporządził w konwencji artystycznej i narysował postacie z pamięci. Pomimo to, jego rysunki zostały wykorzystane w późniejszych podręcznikach w celu przedstawienia ewolucji. W latach czterdziestych genetyk Richard Goldschmidt napisał: "Lekka ręka Haeckla przy rysowaniu sprawiła, że poprawiał naturę i wkładał więcej do swoich ilustracji, niż rzeczywiście widział".
Mimo, iż nieuczciwość Haeckla nie była tajemnicą, niewielu naukowców się tym przejmowało. W dyskusji z pewnym biologiem ewolucyjnym kilka lat temu wyraziłem swoje oburzenie faktem, że rysunki Haeckla, w kręgach biologów uznawane za wysoce niedokładne, są w dalszym ciągu wykorzystywane w materiałach uniwersyteckich do przekonywania studentów o prawdzie ewolucji. Mój oponent się tym nie przejął, zauważając spokojnie, iż dostosowanie podręczników do aktualnych odkryć naukowych zajmuje wiele czasu. Nawet i sto lat.
Wszystko to prowokuje do postawienia wielu pytań, skoncentrujmy się jednak na dwóch spośród nich. Po pierwsze, kiedy już fałszerstwo Haeckla stało się powszechnie znane, co na temat embriogenezy ma do powiedzenia teoria Darwina?
Czy wczesny rozwój może się mimo wszystko zmienić? Czy to, co mówiliśmy na temat domku z kart jest już nieważne? Przypuśćmy, iż jakiś naukowiec przewidział, że jutro na niebie pojawi się supernowa ...lub ewentualnie się nie pojawi. Ponieważ oba przeciwieństwa są zgodne z przewidywaniami, przewidywania te niczego nie przewidują. Gwiazda może wybuchnąć lub nie, bez żadnego związku z przewidywaniami. Darwiniści są w podobnej sytuacji. W najlepszym przypadku darwinizm może istnieć zarówno z zabezpieczonym przed zmianami rozwojem embrionów, jak i z rozwojem, w którym występują odchylenia, tak więc nie mówi o rozwoju zupełnie nic. Jest to wymowna cisza, ponieważ darwinowska ewolucja po prostu musi funkcjonować poprzez modyfikowanie rozwoju embrionu do jego dorosłej formy. Jeżeli darwinizm nie jest w stanie nic powiedzieć na temat tego, jak tworzy się forma, wówczas nie mówi on nic na temat głównego pytania dotyczącego ewolucji.
W najgorszym przypadku Alberts i Watson mają rację twierdząc, że wczesna embriogeneza nie może być zmieniona przez ewolucję Darwina i że darwinizm jest całkowicie sfałszowany. Nie są to dobre wieści dla zwolenników teorii doboru naturalnego.
Drugie pytanie brzmi następująco: Co mamy sądzić na temat Albertsa i Watsona? Jest prawie niemożliwe, aby jakikolwiek naukowiec mógł im dorównać sławą. Istnieją jednakże tylko dwa możliwe wyjaśnienia tego, dlaczego podręcznik przez nich przygotowany podkreśla znaczenie szkiców Haeckla: 1) nie zdawali sobie sprawy z tego, że rysunki te wprowadzały w błąd, mimo, iż Goldschmidt, Richardson i wielu innych naukowców o tym wiedziało, 2) wiedzieli, że rysunki te wprowadzały w błąd, a jednak je wykorzystali.
Być może karygodna ignorancja jest mniej poważnym wykroczeniem niż celowe wprowadzenie w błąd. Jednak bez względu na rodzaj wykroczenia okazuje się, że rektor Państwowej Akademii Nauk i laureat Nagrody Nobla nie mają pojęcia na temat tego, jaki wpływ może mieć darwinowska ewolucja na embriony. A jeżeli nie wiedzą Bruce Alberts i James Watson, to nie wie nikt.
I tak w ogólnym zarysie przedstawia się bardzo precyzyjny opis naukowego rozumienia tego, jak życie pojawiło się, świecie - nie wie tego nikt. Jednak, mimo że odpowiedź na pytanie "jak" wciąż nam umyka, możemy wyciągnąć zdecydowane wnioski z zawiłych, wzajemnie oddziaływających na siebie struktur życia: "Wskazują na stwórczą Przyczynę i pokazują nam stwórczą Inteligencję, i czynią to dziś w sposób bardziej zrozumiały i jaśniejszy niż kiedykolwiek dotąd". <<
|
"Wybitne jednostki, zły system, zdemoralizowane środowisko – oto w skrócie stan polskiej nauki. A reformy to zbyt poważna sprawa, by je zostawić samym uczonym. Zbyt wielu z nich blokuje zmiany, bo może na nich stracić.
Najpierw dobra wiadomość: dr Maciej Wojtkowski, fizyk z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, otrzymał w ub.r. bardzo prestiżową unijną nagrodę EURYI, coś w rodzaju Nagrody Nobla dla młodych naukowców. Nagroda to chwała, ale i olbrzymie pieniądze, ponad milion euro na pięć lat badań.
Niestety, wkrótce po sukcesie Wojtkowskiego z Brukseli powiało chłodem – wśród ponad dwustu laureatów pierwszego wielkiego konkursu powołanej w 2006 r. Europejskiej Rady Nauki (Eurfopean Research Council) nie ma ani jednego Polaka pracującego naukowo w Polsce, choć startowało ok. 200 młodych polskich naukowców. To istny pogrom, biorąc pod uwagę, że do czołówki przebił się nawet badacz z maleńkiego Cypru. Czy jest się czym przejmować? Może to tylko przypadek...
European Research Council została powołana po to, by wymyślić sposób wspierania badań, dzięki któremu najlepsi uczeni, młodzi i starsi, stwierdzą, że opłaca się prowadzić badania w Europie, a nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Dysponująca budżetem ponad miliarda euro rocznie ERC postanowiła rozpocząć działalność od konkursu na projekty badawcze dla młodych naukowców, czyli doktorów od dwóch do dziewięciu lat po doktoracie. Dla najlepszych przewidziano granty w wysokości od 200 do 400 tys. euro rocznie przez pięć lat, a więc do wzięcia było nawet 2 mln euro! Odzew przekroczył wszelkie oczekiwania, zamiast planowanych góra 3 tys., zgłosiło się ponad 9 tys. chętnych. Wydawałoby się, że idealna okazja dla Polaków nieustannie narzekających na brak pieniędzy na badania naukowe.
Wystartowało zaledwie dwustu. Ale ta słaba frekwencja to nie tyle wyraz lenistwa lub braku informacji, ile realna ocena możliwości. Podczas pierwszej selekcji recenzenci oceniali kandydatów tylko na podstawie materiałów pisemnych, zwracając uwagę na dorobek uczonego i jakość pomysłu badawczego. Należało więc m.in. pochwalić się publikacjami naukowymi. I tu zaczynają się schody.
– W Polsce optymalną strategią naukową jest częste publikowanie w czasopismach średniej jakości – wyjaśnia prof. Leszek Kaczmarek, biolog z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. Nenckiego PAN i recenzent w konkursie ERC. – Skoro bowiem u nas niemal tyle samo punktów podczas oceny pracy można dostać za artykuł w „Science”, jak w znacznie gorszym, a więc i bardziej dostępnym piśmie, po co się wysilać? Jego zespół w ERC musiał ocenić 450 wniosków, by wyłonić kilkudziesięciu finalistów. W pierwszej kolejności do odstrzału szli ci, którzy mieli słabiej udokumentowane wyniki. W takiej sytuacji mści się kult średniactwa. Prof. Wojciech Stec, chemik, wiceprezes PAN, komentuje dosadnie: – W polskiej nauce panuje etos stosu publikacji. Nieważna jakość, liczy się ilość.
Diagnoza
– Celem konkursu ERC było wyłonienie młodych naukowców, zdolnych do konkurowania z najlepszymi zespołami z całego świata – dodaje prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. To twarda konkurencja, a nie akcja charytatywna. Okazało się, że nasz system po prostu do takiej konkurencji nie przygotowuje. A problemem zasadniczym jest, jak przyznaje prof. Michał Kleiber, prezes Polskiej Akademii Nauk, minister nauki w rządzie SLD i jeden z 22 członków European Research Council, brak instytucji naukowych na światowym poziomie. Fiasko w konkursie to nie przypadek, to po prostu symptom terminalnej choroby nauki w Polsce.
Zgodnie z danymi z Essential Science Indicators (główne wskaźniki naukowe) polska nauka, jeśli mierzyć liczbą publikacji naukowych w czasopismach uznanych w światowym obiegu, zajmuje 19 miejsce na 148 analizowanych państw. Wydawałoby się, że nieźle, a nawet bardzo dobrze. Tyle tylko, że z opisem naszej nauki jest jak z radiem Erewan. Zajmujemy więc 19 miejsce, ale pod względem cytowań (ten wskaźnik mierzy wpływ publikacji na stan ogólnej wiedzy) już miejsce 25. Jeśli zaś chodzi o średnią liczbę cytowań na artykuł plasujemy się dopiero na 89! Potwierdza się więc wcześniejsza teza: publikujemy dużo, lecz albo mało istotnych doniesień, albo w mało istotnych czasopismach.
Wiadomo, że statystyki uogólnione wyjaśniają niewiele. Lepiej popatrzeć, w jakich dyscyplinach nasi uczeni radzą sobie najlepiej, a w jakich najgorzej. Okazuje się, że niezmiennie od czasów jeszcze PRL jesteśmy lokalnym mocarstwem, jeśli chodzi o fizykę, matematykę i chemię. Dorobek fizyków zapewnia nam niezłe 13 miejsce, jeśli mierzyć liczbą cytowań. Matematycy lądują na 15, a chemicy na 17 pozycji. Również 17 miejsce zajęli uczeni badający kosmos. Nie istnieją praktycznie w światowym obiegu polskie nauki społeczne i ekonomiczne (odpowiednio 44 i 39 miejsce). Czemu się dziwić, skoro wybitny polski socjolog prof. Henryk Domański stwierdził kiedyś na publicznym zebraniu: polska socjologia nie stawia ważnych pytań badawczych, a szukając odpowiedzi na pytania postawione, nie stosuje najnowszych metod. Jest anachroniczna.
Niestety, nie należy jednak nadmiernie cieszyć się nawet względnie mocną pozycją w naukach ścisłych. Bo grunt szybko obsuwa się spod nóg: analiza polskich prac naukowych w okresie 2001–2005 pokazuje, że we wszystkich 20 (z wyjątkiem nauk kosmicznych) dyscyplinach nasz wpływ na naukę światową zmniejszył się w niektórych przypadkach nawet o połowę. Co się dzieje? Wyprzedzają nas gracze, których 10–15 lat temu nikt nie posądzałby o dzisiejsze wyniki. Bo żeby Koreańczycy prześcignęli Polaków w chemii? Co robi prawie 100 tys. polskich naukowców, skoro o większości świat nic nie wie, a ich wpływ na produkcję wiedzy jest znikomy?
Pieniądze na przeżycie
– Proponuję następujący rachunek – mówi prof. Michał Kleiber. – Pod względem demograficznym Polacy stanowią ok. 8 proc. ludności Unii Europejskiej. Taki powinien też być nasz wkład do europejskiej nauki. Nauka wymaga jednak finansowania, a nasz wkład do unijnego PKB wynosi zaledwie 2 proc. A polskie nakłady na badania stanowią zaledwie 0,7 proc. pieniędzy przeznaczanych na naukę w UE. Uczciwe chyba byłoby się odnosić do tego wskaźnika. Wówczas uznałbym fakt, że Polacy zdobyli 1,3 proc. środków możliwych do zdobycia w ramach VI Programu ramowego UE (wielki program wspierania prac badawczo-rozwojowych) za sukces.
Rzeczywiście, Polska przeznaczyła z budżetu państwa w ubiegłym roku na naukę 3,7 mld zł, poniżej 0,4 proc. PKB, na szkolnictwo wyższe 10,4 mld zł. Budżet badawczy jednego tylko Stanford University, intelektualnego zaplecza Krzemowej Doliny, wynosił wówczas 975 mln dol., w 87 proc. pochodzących z budżetu federalnego. Inaczej: państwo amerykańskie dotuje badania na jednej tylko, doskonałej co prawda, uczelni kwotą niewiele mniejszą od pieniędzy, jakie na badania w ogóle przeznacza najwierniejszy sojusznik Stanów Zjednoczonych, państwo polskie. Sprowadźmy te liczby do bardziej osobistego poziomu: Polak wydaje rocznie na naukę 17 euro, „stary Europejczyk” 167 euro.
O finansowych niedostatkach nauki w Polsce wiadomo jednak od dawna, politycy systematycznie od kilkunastu lat zmniejszają realne nakłady na badania. Czy w tym czasie nie można było po prostu skrócić badawczego frontu i zostawić tylko najlepsze ośrodki, zwiększając im przydział pieniędzy? – To nie takie proste – wyjaśnia prof. Michał Szulczewski, przewodniczący Rady Nauki. – Nauka dziś pełni znacznie więcej funkcji niż badania poznawcze. Stanowi zaplecze dla przemysłu, edukacji, a także tworzy ważny element infrastruktury cywilizacyjnej państwa. W wielu przypadkach praca naukowa to wysokiej jakości rzemiosło, wymagające dużych umiejętności, niekoniecznie jednak geniuszu. W tej chwili nie starcza nawet na utrzymanie tej podstawowej infrastruktury, sprzęt w laboratoriach ulega szybkiej dekapitalizacji.
Istotnie, w Unii Europejskiej łączne nakłady na badacza osiągnęły poziom 156 tys. euro, w Polsce zaledwie 10 tys. euro. Co gorsza, 64 proc. środków budżetowych idzie na tzw. działalność statutową, czyli utrzymanie jednostek naukowych. Tylko ok. 15 proc. dysponowanych jest w trybie konkursowym na projekty badawcze.
– Przy tak niskich nakładach bardzo trudno prowadzić politykę naukową zmierzającą do różnicowania instytucji naukowych, mocno wspierającą jakość badań – dodaje prof. Szulczewski.
Przekleństwo boomu
Niewątpliwie przekleństwem polskiej nauki jest słynny boom edukacyjny i pęd do studiowania. Liczba studiujących zwiększyła się w Polsce w okresie transformacji pięciokrotnie, liczba nauczycieli akademickich zaledwie o 30 proc. Ponad 70 proc. polskich naukowców zatrudnionych jest w wyższych uczelniach, których głównym obowiązkiem ustawowym jest nauczanie, a nie prowadzenie badań. Olbrzymia liczba studentów to znaczne obciążenie dydaktyczne i mniej czasu na laboratorium. A także liczne pokusy, zwłaszcza dla profesorów kursujących z wykładami do prywatnych uczelni. Błędne koło zaczyna działać: bez dobrych badań nie ma dobrej dydaktyki, a czasu zaczyna brakować nawet na studiowanie bieżącej literatury.
W efekcie polskie uczelnie w światowych rankingach wypadają jeszcze gorzej niż polska nauka. Zaledwie dwa nasze uniwersytety, Jagielloński i Warszawski, znalazły się (w czwartej setce) w rankingu 500 najlepszych uczelni światowych przygotowywanym przez Uniwersytet w Szanghaju.
Jak wynika z „Autodiagnozy polskiego środowiska naukowego” opublikowanej jesienią ub.r. przez Collegium Civitas, wszyscy wiedzą, że jakość dydaktyki i badań na uczelniach upada. Studenci jednak się nie buntują, bo chcą skończyć studia. Młodsi pracownicy naukowi nie protestują, bo chcą zrobić doktoraty, wyjechać na stypendium, a z czasem także muszą przebrnąć przez habilitację. Profesorowie nie zmieniają stanu rzeczy, bo ten im dobrze służy. W skrócie, feudalizm pełną gębą, a do tego nepotyzm, kumoterstwo...
Dość! Taka diagnoza może zabić nie tylko pacjenta. Musimy w Polsce zdefiniować problem tak, jak zrobiła to Unia Europejska. Czas zrozumieć, że nauka jest jednym z najgorętszych frontów współczesnej, globalnej konkurencji, a decydujące batalie rozgrywają się w wojnie o talenty. W konkursie ERC wystartowało 9 tys. chętnych, pamiętajmy jednak, że w ciągu roku do firmy Google napływa milion wniosków o pracę! Szansę na sukces ma zaledwie jeden na kilkuset aplikujących. Najlepsi z najlepszych są wysysani przez wielkie korporacje i zagraniczne laboratoria. Jeśli nie chcemy, by nauka była elementem systemu pomocy społecznej zajmującym się redystrybucją zasiłków wśród kilkudziesięciu tysięcy osób, które nie znalazły zatrudnienia w atrakcyjniejszych sektorach, musimy tym najlepszym z najlepszych stworzyć finansowe i systemowe warunki pracy w Polsce. Jeśli nas na to nie stać, lepiej od razu wykreślmy dział nauka z budżetu państwa.
Czas na leninowskie pytanie: co robić? Są odpowiedzi, dobrze przemyślane przez reformatorów, którzy od lat walczą ze zdegenerowanym systemem. Czas, by przestać traktować ich jak Don Kichotów zmagających się z wiatrakami. Prof. Maciej Żylicz twierdzi, że system można usprawnić kilkoma zdecydowanymi i realnymi działaniami (opublikował w „Polityce” 45/01 artykuł na ten temat zatytułowany „Samoochrona”). – Należy doprowadzić do wzrostu konkurencyjności przy pozyskiwaniu środków na badania. Dyrektorzy muszą mieć interes w zatrudnianiu najlepszych naukowców, bo tylko tacy zagwarantują, że przyciągną wiele dużych grantów. By tak się stało, wszystkie stanowiska naukowe powinny być obsadzane drogą konkursów. I to międzynarodowych, a zatrudnienie powinno mieć charakter kontraktowy, ograniczony w czasie, by zagwarantowany dożywotni etat nie powodował gnuśności – wylicza prof. Żylicz. Tak zrobili Niemcy reformując system nauki w byłej NRD, na podobnej zasadzie działa w Polsce Międzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej powstały na mocy umowy między UNESCO i polskim rządem. – Pracuję w tym Instytucie na kontrakcie i wiem, że jeśli w ciągu pięciu lat nie wykażę się wynikami naukowymi, międzynarodowy zespół recenzencki oceni mnie negatywnie – dodaje prof. Żylicz.
Mobilność
Każdy, kto interesuje się historią nauki, musi być zdumiony, jak intensywne kontakty międzynarodowe utrzymywali uczeni już w czasach Kopernika. Nie było Internetu i tanich linii lotniczych, istniała jednak gęsta, dynamiczna sieć kooperacji i wymiany. We współczesnej Polsce zatrudnienie w nauce przypomina pracę w starej japońskiej korporacji: – Normą jest, że naukowcy całe życie pracują na uczelni, w której kończyli studia – mówi prof. Andrzej Jajszczyk z Akademii Górniczo-Hutniczej. – Powinniśmy, wzorem innych krajów, zabronić kontynuowania kariery w ośrodku, w którym robiło się doktorat. Uczeni muszą być w ruchu.
Fundacja na rzecz Nauki Polskiej wprowadziła system stypendiów mających zachęcać młodych badaczy do przenoszenia się między ośrodkami. – Musieliśmy zrezygnować z programu z powodu braku chętnych – informuje dr Tomasz Perkowski, wiceprezes Fundacji. A prof. Jajszczyk dorzuca: – Wszyscy mi mówią, że w Polsce nie sposób wymusić mobilności uczonych, i wymieniają dziesiątki wydumanych powodów. Wiem jednak, że to możliwe, bo sam pracuję już na czwartej uczelni i już kilka razy zmieniałem miejsce zamieszkania. Oczywiście, ruch nie jest celem samym w sobie. Konieczność zmiany miejsca prowadzenia badań skutecznie przecina więzy nepotyzmu i małych układzików. To w ich wyniku formalnie konkursowy sposób obsadzania stanowisk badawczych jest w większości przypadków fikcją, a konkursy są ustawiane pod konkretnych ludzi. Wszyscy o tym wiedzą, mało kogo to dziwi.
Mobilność oznacza także szerokie otwarcie polskich laboratoriów dla uczonych z zagranicy. – Jak ich jednak ściągać do Polski, skoro odstraszają nie tylko warunki finansowe, ale także absurdalny obowiązek nostryfikacji dyplomów, wymagany również od obywateli Unii – zastanawia się prof. Stec.
Wpuścić do sieci
Zatęchły system od lat rozszczelnia Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. Udowadnia, że światowe standardy oceniania jakości prac naukowych sprawdzają się doskonale w Polsce. Fundacja nie waha się zatrudniać zagranicznych recenzentów do oceny wniosków w licznych programach stypendialnych adresowanych do wszystkich grup naukowców, od młodych adeptów po najbardziej zasłużonych honorowanych Nagrodą FNP, tzw. polskim Noblem. – Pokazujemy, że można, tworzymy pewne standardy – mówi prof. Żylicz. – Nie przeceniamy jednak swojej roli, dysponujemy wszak zaledwie minimalnym procentem środków, jakie idą w Polsce na naukę.
– Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by powołać w Polsce instytucję podobną do European Research Council – twierdzi prof. Michał Kleiber. Jej funkcję mogłaby pełnić zapowiedziana jeszcze przez poprzedniego ministra nauki prof. Michała Seweryńskiego Agencja Badań Poznawczych. Chodzi o to, żeby wyłączyć część pieniędzy przeznaczonych na naukę spod kurateli biurokratycznej i skierować ją na odważne, podobne jak w ERC, finansowanie badań najwyższej jakości, zgodnie ze światowymi standardami. – Nowoczesny system rozdziału środków na badania musi być elastyczny – i możliwy do zmian – dodaje prof. Kleiber.
Otwartość dziś oznacza jednak nie tylko gotowość do współpracy w skali globalnej. Cała nauka przeżywa wielki wstrząs wywołany rewolucją komunikacyjną, której uosobieniem jest Internet. Jednym z najważniejszych i najtrudniejszych zadań badacza jest informowanie o wynikach swoich prac. Tradycyjnie służy do tego system czasopism naukowych. Internet stał się siłą rozsadzającą ten skostniały schemat. – W grudniu ub.r. George W. Bush podpisał ustawę zobowiązującą, by wszystkie publikacje powstałe w wyniku badań sfinansowanych przez amerykańskie Narodowe Instytuty Zdrowia, a więc z pieniędzy publicznych, były ogłaszane za darmo w Internecie w 12 miesięcy po publikacji w czasopiśmie naukowym – informuje prof. Marek Niezgódka z ICM, Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Uniwersytetu Warszawskiego, które tworzy Domenę Internetowych Repozytoriów Wiedzy. – Podobną decyzję podjęła ERC. Nic nie stoi na przeszkodzie, by podobny obowiązek wprowadzić w Polsce.
Rzeczywiście, skoro zdecydowana większość badań finansowana jest z kasy publicznej, nie ma powodu, by podatnicy nie mieli możliwości dotarcia do wyprodukowanej za ich pieniądze wiedzy. Ta otwartość jest szczególnie istotna w odniesieniu do dyscyplin naukowych o zasięgu lokalnym, które ze względu na temat nie mają szansy zaistnieć w obiegu międzynarodowym. Chodzi tu zwłaszcza o różnorodne studia humanistyczne i społeczne. Skoro na badaniach tych nie jest w stanie poznać się zagranica, niech mają szansę zapoznać się z nimi Polacy. Niestety, wielu będzie zawiedzionych, gdy przekona się, jak duża część produkcji naukowej to po prostu kiepska publicystyka.
Reformy, reformy
Reformy już trwają, zapewnia prof. Szulczewski. Problem w tym, że wraz z każdą zmianą władzy zmienia się długofalowa strategia. W istocie więc żaden z planów obliczonych na 10–15 lat nie przetrwał dłużej niż parlamentarna kadencja. Strategię opracowaną w 2004 r. przez prof. Kleibera wycofał prof. Seweryński, minister nauki w rządzie PiS. Jego strategia została skrytykowana przez Radę Nauki, a ponieważ przy okazji zmienił się rząd, trwają intensywne prace nad nową strategią reformy nauki. Przy okazji dokonują się jednak zmiany instytucjonalne, miejsce dawnego KBN zajęło Ministerstwo Nauki, połączone od 2005 r. z resortem szkolnictwa wyższego. Powstała Narodowa Rada Badań i Rozwoju mająca finansować projekty badawcze istotne dla gospodarki.
Wiadomo jednak, że bez trwałej politycznej woli systemowe zmiany w polskiej nauce nie mają szans powodzenia. Nawet reformatorzy nie są do końca zgodni co do swych celów, dopatrując się u swych kolegów reprezentacji korporacyjnych i partykularnych interesów. W takiej sytuacji potrzebny jest silny impuls z zewnątrz, zgodnie z zasadą, że dziś nauka to zbyt poważna sprawa, by zostawić ją samym uczonym. – Politycy chyba rozumieją ten problem – twierdzi prof. Szulczewski. – Mają jednak na głowie bardziej palące potrzeby i cele prorozwojowe przegrywają z doraźnymi celami społecznymi.
Minister nauki prof. Barbara Kudrycka przygotowuje program reform. Do prasy trafiają przecieki zapowiadające likwidację habilitacji, możliwość robienia doktoratu po licencjacie, tworzenie uczelni flagowych. Szczegóły założeń reformy systemu nauki i szkolnictwa wyższego poznamy w najbliższych dniach – wypracowały je powołane przez panią minister zespoły ekspertów. – Reformy mają mieć charakter kompleksowy i objąć jednocześnie system nauki oraz szkolnictwa wyższego – deklaruje prof. Kudrycka i dodaje: – Zgadzam się z wieloma ideami, jak choćby koniecznością otwarcia naszej nauki na zagranicę poprzez włączenie zagranicznych recenzentów i uczonych z zagranicy do pracy w polskich zespołach badawczych. Szersze upublicznienie wyników badań dobrze wpłynęłoby na pracę zespołów oceniających projekty zgłoszone do finansowania, bo skłaniałoby do większego namysłu – tak, by nie wspierać projektów niskiej jakości. Jestem także za powołaniem postulowanej przez środowisko akademickie Rady Nauki i Innowacyjności przy premierze RP, bo na obecnym etapie rozwoju cywilizacyjnego problematyka naukowa przenika wszystkie sfery życia państwa i potrzebny jest mocny politycznie organ koordynujący.
Prof. Szulczewski jest umiarkowanym optymistą. Czy jednak pani minister zdecyduje się podjąć konkretne i długofalowe decyzje, tym samym stając w oku cyklonu? Ma niepowtarzalną okazję związaną z dodatkowym strumieniem pieniędzy z Unii Europejskiej, wiele miliardów euro może zasilić skromny budżet nauki i pomóc zmodernizować przestarzałą infrastrukturę. Sceptycy, którzy przeżyli już wszystkie próby reformy, mówią: – Pani minister daje się wygadać, a zrobi niewiele.
W istocie chodzi jednak o coś więcej niż samą naukę. W kolejnych perspektywach finansowych Unii Europejskiej zmniejszać się będzie udział pieniędzy z programów strukturalnych i spójności, które będą zasilać programy wspierające innowacyjność unijnej gospodarki. Coraz więcej pieniędzy będzie dzielonych w ramach konkursów, w których podobnie jak w ERC, liczyć się będzie bezwzględna jakość, a nie historyczne zasługi kraju w walce z komunizmem. Reforma systemu nauki i uczelni wyższych będzie dobrym testem, czy możemy nawiązać kontakt ze światem używając języka obowiązującego w XXI w. Potraktujmy porażkę młodych polskich naukowców jak nasze Pearl Harbor lub szok sputnikowy. Zanim będzie za późno."
Edwin Bendyk 10 kwietnia 2008
|
W czerwcu br. Fundacja AVE z inicjatywy Prezesa Zarządu Bartłomieja Włodkowskiego uruchomiła program stypendialny ph. „Dla Edukacji” adresowany do młodzieży gimnazjalnej, licealnej i studenckiej z terenu Mazowsza. W I edycji można było otrzymać 5 stypendiów po 2 000 zł do wydatkowania w okresie wrzesień-grudzień 2006. Termin składania wniosków minął 21 sierpnia. W konkursie złożono kilkanaście aplikacji, spośród których specjalnie powołana Komisja wybrała 6 – 4 osoby otrzymały po 2 000 zł, 2 – po 1 000 zł. Wśród laureatów jest aż dwoje mieszkańców Białołęki! Stypendia ufundowali: Fundacja AVE, Jadwiga Bienias, Monika Sarnowska, Katarzyna Janiec, Mateusz Włoch oraz Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego. Bartłomiej Włodkowski, autor programu DLA EDUKACJI, szef Komisji Oceniającej: „Chcemy promować młodych ludzi z ambicjami, którzy potrafią dać cząstkę siebie innym. Wydaje się, że obecnie dzieci i młodzież z rodzin ubogich mają wiele możliwości otrzymania pomocy. Dlatego stworzyliśmy nowatorski projekt, adresowany do nieco innej grupy odbiorców. Sytuacja materialna to tylko jeden z wielu wskaźników przyznania stypendium. Zależy nam na pomocy młodym ludziom o nieprzeciętnych osiągnięciach naukowych, którzy swój potencjał wykorzystują w pracy społecznej. Stypendystą może zostać każdy, kto wykaże się oryginalnym pomysłem na własną edukację, konkretnymi osiągnięciami naukowymi lub godnym naśladowania zapałem w zdobywaniu wiedzy, a jednocześnie udowodni nie komercyjne wykorzystanie talentów.” Ustaliliśmy, że laureaci programu zaprezentują się wzajemnie na łamach „Aveciarza”. Dziś o Karinie Sasin pisze Marta Ferfet, w kolejnych numerach – sylwetki i dokonania pozostałych stypendystów. Liczymy, że Program Stypendialny „Dla Edukacji” stanie się systematyczną formą pomocy uzdolnionej i wrażliwej społecznie młodzieży. Poszukujemy sponsorów II edycji programu stypendialnego (styczeń-czerwiec 2006). Liczy się każda złotówka – dajmy szansę aktywnym i zdolnym młodym ludziom. Wpłaty z adnotacją „darowizna na cele Fundacji Ave-program stypendialny” prosimy przekazywać na konto: 14 1060 0076 0000 3200 0102 1184 Serdecznie dziękujemy Księdzu dr Andrzejowi Rogalskiemu (UKSW, KUL) z Archidiecezji Lubelskiej oraz Jego Przyjaciołom za hojne wsparcie projektu. Marta Ferfet-licealistka, wolontariusz Fundacji AVE; Marek Kobiałka- zdaje maturę, uczestnik akcji społecznych OPS-Białołęka i Fundacji AVE; Donata Bieniecka-studentka Dziennikarstwa UW, wolontariusz „Dzieła Nowego Tysiąclecia”; Ola Borycka-licealistka, wolontariusz Fundacji AVE; Bartłomiej Florczak-student Stosunków Międzynarodowych UW, wolontariusz Centrum Edukacji Obywatelskiej oraz Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana; Karina Sasin z Otwocka - sylwetka poniżej. W małym ciele wielki duch Z Kariną umówiłam się w Mc’Donalds w podziemiach warszawskiego Dworca Centralnego. Do tej pory widziałyśmy się tylko raz, podczas spotkania laureatów programu stypendialnego Fundacji AVE. Wówczas Karina wydała mi się osobą dość poważną, nawet zbyt poważną, jak na swój wiek... Ale chwila rozmowy wystarczyła, abym przekonała się, że tak naprawdę to wesoła, pełna zapału i życia szesnastolatka. Uczy się w pierwszej klasie otwockiego Liceum Ogólnokształcącego, uwielbia teatr, operę, koncerty muzyczne, a pasjonuje się... biologią (dziedzina poważna – stąd może i ta „dorosła powaga” wymalowana na twarzy). Nie należy do grupy „szarych”, przeciętnych nastolatek, zajętych wyłącznie własnymi problemami z makijażem czy wyborem ubioru na dyskotekę… INSPIRUJĄCA WIZYTA - Moja życiowa przygoda zaczęła się w drugiej klasie gimnazjum. Wówczas razem ze znajomymi ze szkoły odwiedziliśmy ośrodek dla osób upośledzonych umysłowo, których niepełnosprawność jest warunkowana genetycznie – zwierza się Karina. – Wiele osób odbywa podobne spotkania, dla mnie jednak miało ono fundamentalne znaczenie. To, co tam zobaczyłam – poraziło, powaliło, wymusiło reakcję! Karina przez pewien czas na własną rękę przyglądała się problemowi. Doszła do wniosku, że w powszechnej świadomości zbyt mało wiadomo o sytuacji i codzienności osób upośledzonych umysłowo. IDIOTKA WALCZY Z WIATRAKAMI - Wśród znajomych przeprowadziłam „burzę mózgów”. Mieli dopisać skojarzenia do słowa „niepełnosprawność”. Uzyskałam wyniki, które mnie zszokowały – opowiada z właściwym sobie przejęciem Karina. – Najczęstsze skojarzenia to: wózek inwalidzki, skok na główkę, głupota, odmienność, bariery architektoniczne. Na pytanie o niepełnosprawność intelektualną, narządu wzroku, słuchu, uczniowie mówili, że to nie jest niepełnosprawność, tylko głuchota, ślepota... Nikt nie słyszał o genetycznych podłożach nowotworów, a salwę niezrozumiałego dla mnie śmiechu, który był jak sądzę raczej objawem niewiedzy niż braku dobrego wychowania, wywołało zdjęcie rozszczepu kręgosłupa. Postanowiła działać. Nie było łatwo. Przedstawiciel jednego z najbardziej znanych stowarzyszeń, działających na rzecz osób z zespołem Downa wyśmiał zapał i uznał za „idiotkę z wyidealizowanym pojęciem o świecie”. Nie zraziła się. - Jestem przekonana, że to, co robię jest słuszne! – oświadcza pewnym głosem. Nawiązała kontakt z p. Hanną Maciejewską, założycielką Stowarzyszenia Na Rzecz Dzieci z Zaburzeniami Genetycznymi GEN i zorganizowała dla swojej szkoły i otwockiej społeczności „AKCJĘ 2005” - warsztaty poświęcone tematyce niepełnosprawności szczególnie o podłożu genetycznym. Powstał nawet specjalny blog, informujący o kolejnych wydarzeniach w ramach projektu: www.akcja2005.blog.onet.pl, cieszący się do dziś niesłabnącą popularnością. Głównym wydarzeniem „Akcji”, w promocję której udało się Karinie zaangażować media lokalne, była konferencja z udziałem naukowców. Referaty wygłosili doc. dr hab. Krystyna Chrzanowska z Zakładu Genetyki Medycznej Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”, mgr Anna Dąbrowska – doktorantka Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, mgr Tomasz Rudnicki, pracujący z dziećmi z porażeniem mózgowym oraz wspomniana prezes Maciejewska, prywatnie babcia Filipa z zespołem Cri Du Chat. Kiedy przeglądam materiały z konferencji, natykam się na przygotowane przez Kariną wskazówki dla młodych uczestników spotkania: „Przed rozpoczęciem należy wyłączyć telefony komórkowe”, „Po prelekcji należy klaskać – to dobrze świadczy o nas”, „Jeśli prelegent zaproponuje dyskusję – wykorzystajmy tę szansę; można się wiele dowiedzieć!”… Naukowcy zwykle klasyfikowani są jako marzyciele bujający w obłokach. Karina z ogromną wiedzą i badawczą pasją łączy zdolności organizacyjne, przygotowując całkiem poważne spotkanie o charakterze naukowym nie zapomniała nawet o tak drobnych szczegółach. Podziwiam! SZESNASTOLATKA NA UNIWERSYTECIE Po udanej „Akcji 2005” Karina złożyła aplikację do Programu Pomocy Wybitnie Zdolnym Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci i w roku szkolnym 2005/2006 korzystała z opieki prof. dr hab. Ewy Bartnik oraz doktorantki Anny Czarneckiej. Brała udział w zajęciach naukowych i laboratoryjnych organizowanych przez KFnrDZ, a także odbyła staż w Instytucie Genetyki i Biotechnologii Uniwersytetu Warszawskiego. Tematyka zajęć dotyczyła udziału mitochondriów w procesie nowotworzenia. Prof. Bartnik: - Karina ma ogromną pasję poznawania nowych rzeczy, czy to eksperymentalnych czy literaturowych. Jest najmłodszą osobą, która odbyła praktykę laboratoryjną w Instytucie Genetyki i Biotechnologii. Biorąc udział przez kilka miesięcy w zajęciach laboratoryjnych dwa razy w tygodniu, Karina opanowała wiele technik badawczych takich jak izolacja Dna, PCR, trawienie enzymami restrykcyjnymi, elektroforeza. Najpierw z pomocą mgr Czarneckiej, a teraz także samodzielnie realizuje badania związane z poszukiwaniem mutacji w DNA w mitochondrialnym DNA w nowotworach, a dzięki biegłej znajomości języka angielskiego czyta w oryginale bardzo wiele prac dotyczących mutacji w genach i chorób nowotworowych. Rozwijając zainteresowania, brała udział w szkoleniu „International Advisory Board” w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej Komórkowej, w Konferencji Mitochondrialnej w Instytucie Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN oraz w seminariach Koła Naukowego Biologii Molekularnej Uniwersytetu Warszawskiego. Niedługo planuje wyjazd na konferencję biologiczną do Wiednia. PRZEZ BIOLOGIĘ DO WOLONTARIATU - W moim życiu najpierw pojawiła się miłość do biologii, którą z czasem połączyłam z pasjonującą działalnością społeczną. Powoduje mną zwyczajna chęć pomocy drugiemu człowiekowi – w tym przypadku osobom niepełnosprawnym umysłowo poprzez uwrażliwienie ogółu na ich problemy. Karina ubolewa, że w Polsce wolontariat nie jest sprawą powszechną i naturalną. - Uważam, że krajowe organizacje pozarządowe działają bardzo dobrze, jednak są nie dofinansowane i niedoceniane przez polskie społeczeństwo. III sektor powinien być bardziej „rozreklamowany”, a jego działalność jak najbardziej dostępna dla przeciętnego obywatela. Wie co mówi – Jej dorobek aktywności społecznej to oprócz „Akcji 2005” – praca w Szkolnym Kole PCK, wolontariat podczas II Zjazdu Rodzin Osób z Rzadkimi Zespołami Chromosowymi, udział w warsztatach „Szukam Domu – budowa lokalnego systemu pomocy dziecku i rodzinie w Powiecie Otwockim”, II Konferencji Naukowej i Warsztatach Terapeutycznych pt. „Wspomaganie rozwoju dzieci z genetycznie uwarunkowanymi zespołami zaburzeń”... PRACOWNIK NAUKOWY I SPOŁECZNIK Marzeniem Kariny są studia za granicą na przykład na Harvard’s Medical School. W najbliższym czasie chce wziąć udział w olimpiadzie biologicznej - wygrana zapewniła dostęp na wszystkich uczelni w kraju. Jednocześnie przygotowuje się do egzaminu językowego TOEFL, który umożliwia podjęcie studiów w krajach anglojęzycznych. – Uzyskane stypendium „Dla edukacji”, przyznawane przez Fundację AVE, pomoże mi z pewnością w realizacji marzeń. Środki finansowe przeznaczę na kurs języka angielskiego, materiały potrzebne do przygotowań do olimpiady biologicznej oraz na dofinansowanie zakupu notebook-a, który pozwoli na prowadzenie badań także poza domem – wyjaśnia stypendystka. W przyszłości Karina planuje połączyć pracę biologa, specjalizującego się w zakresie leczenia ludzi z chorobami genetycznymi z aktywnością społeczną m.in. na rzecz Stowarzyszenia GEN. W rekomendacji dołączonej do aplikacji stypendialnej, prof. Bartnik napisała m.in. „Karina jest wyjątkowo zdolną osobą i bardzo warto wspierać ją w rozwoju. Jestem przekonana, że w niezbyt odległej przyszłości będzie z niej znakomity pracownik naukowy”. Tego z całego serca, Tobie Karino, życzymy! Marta Ferfet
|
a oto tresc:
Nieswoiste zapalenie jelita a ciąża:
Ciąża u pacjentki z jakąkolwiek chorobą przewlekłą wymaga wzmożonego nadzoru medycznego. W przypadku nieswoistych zapaleń jelita u kobiety konieczna jest ścisła współpraca opiekującego się nią ginekologa z gastroenterologiem. Ponieważ przebieg ciąży zależy od aktywności choroby, zapłodnienie należy zaplanować na okres remisji, a w trakcie ciąży kontynuować leczenie w celu utrzymania stanu stabilizacji. Zaostrzenie choroby grozi poronieniem lub porodem przedwczesnym i może niekorzystnie wpłynąć na zdrowie dziecka. "Pacjentki z nieswoistymi zapaleniami jelita (chorobą Leśniowskiego-Crohna, wrzodziejącymi zapaleniami jelita grubego i innymi, mniej powszechnymi jednostkami chorobowymi) oraz prowadzący je lekarze mają wiele wątpliwości dotyczących wpływu choroby i stosowanej terapii na płodność, przebieg ciąży i zdrowie przyszłego dziecka. Ponieważ na nieswoiste zapalenia jelita (nzj) zapadają najczęściej osoby młode, w okresie rozrodczym, problemy te są niezwykle ważne - mówi dr Małgorzata Mossakowska z Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej, prezes Polskiego Towarzystwa Wspierania Osób z Nieswoistymi Zapaleniami Jelita. - W Polsce brakuje zarówno popularnych, jak i naukowych opracowań tego tematu, a zalecenia ginekologów i gastroenterologów często są rozbieżne. Niekiedy kobiety straszone są konsekwencjami przyszłej ciąży lub ze względu na "dobro płodu" zaprzestają leczenia. Badania naukowe dowodzą jednak, że większość kobiet chorych na nieswoiste zapalenia jelita - jeśli są prawidłowo leczone, przy współpracy gastroenterologa z ginekologiem - bezpiecznie donosi ciążę i urodzi zdrowe dziecko". Brak związku pomiędzy występowaniem u matki nieswoistego zapalenia jelit a śmiertelnością noworodków, powstawaniem wad rozwojowych czy niską punktacją w skali Agpar wykazywano niedawno w dużym badaniu izraelskim. Obejmowało ono 48 urodzeń dzieci przez matki z chorobą Leśniowskiego-Crohna, 79 z wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego i 508 urodzeń dzieci zdrowych matek. W badaniu stwierdzono jednak, że u pacjentek chorujących na nzj istnieje większe ryzyko porodu przedwczesnego, tj. przed 37 tygodniem ciąży (Int. J. Gynaecol. Obstet. 2005, 90: 193-197).
Zwiększone zagrożenie dla dziecka
Bardzo obszerne badanie obserwacyjne, porównujące przebieg ciąży u kobiet z nieswoistymi zapaleniami jelita i kobiet zdrowych przeprowadzono w stanie Waszyngton w USA. Przedwczesny poród występował u 15,2 proc. pacjentek z chorobą Crohna, u 10,4 proc. pacjentek z wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego i u 7,2 proc. pacjentek nie cierpiących na nzj. Niską masę urodzeniową stwierdzono u 16,8 proc. noworodków matek z chorobą Leśniowskiego-Crohna, u 7,6 proc. noworodków matek z wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego i u 5,5 proc. noworodków zdrowych matek, natomiast niski wiek biologiczny - odpowiednio u 15,2 proc., 10,5 proc. i 6,9 proc. Wykazano zatem, że istotny statystycznie wzrost ryzyka porodu przedwczesnego oraz niskiej masy urodzeniowej i niskiego wieku urodzeniowego noworodka dotyczył jedynie kobiet chorujących na chorobę Leśniowskiego-Crohna. Może to być spowodowane m.in. niedoborami pokarmowymi, które są znacznie częstsze u osób z chorobą Crohna niż u chorych na wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Odmienne wyniki uzyskano analizując częstość występowania wad rozwojowych u noworodków - defekty rozwojowe stwierdzane były u 7,9 proc. dzieci matek z wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego, u 3,4 proc. dzieci matek z chorobą Leśniowskiego-Crohna i u 1,7 proc. dzieci zdrowych matek (Am. J. Gastroenterol. 2002, 97: 641-648).
Nie przerywać leczenia
Aktywny przebieg choroby ma zdecydowanie większy negatywny wpływ na pojawienie się komplikacji ciążowych niż zażywanie leków leczących zaostrzenia i podtrzymujących remisję. Korzyści i zagrożenia wynikające z przyjmowania leków w okresie poprzedzającym zapłodnienie oraz w okresie ciąży powinny być w każdym przypadku rozpatrywane indywidualnie, z uwzględnieniem publikowanych wyników badań klinicznych i retrospektywnych. Wiele leków stosowanych standardowo w leczeniu nzj można przyjmować w okresie ciąży. Najbezpieczniejsze z dostępnych obecnie terapeutyków są: sulfosalazyna, mesalazyna i kortykosteroidy, należące do kategorii B w systemie klasyfikacji leków (patrz ramka), utworzonym przez amerykański Urząd ds. Żywności i Leków (FDA). Jeżeli jest to możliwe, zaleca się jednak zastąpienie steroidów klasycznych steroidami o krótkim okresie półtrwania (np. budesonidem), szczególnie u pacjentek z chorobą Crohna. W drugim i trzecim trymestrze ciąży bezpieczne wydaje się także krótkookresowe leczenie metronidazolem i cyprofloksacyną. Cyklosporyna należy do kategorii C systemu klasyfikacji i chociaż nie wykazywano jej działania teratogennego, to liczne jej działania niepożądane (m.in. powodowanie wzrostu ciśnienia tętniczego krwi) sprawiają, że powinna być traktowana jako lek ostatniej szansy, pozwalający uniknąć koleostomii w trakcie trwania ciąży i w okresie okołoporodowym. Podobnie z dużą ostrożnością i tylko w przypadku poważnych zaostrzeń zaleca się stosowanie niektórych leków immunosupresyjnych, np. azatiopryny i 6-merkaptopuryny, należących do kategorii D. Związki te prawdopodobnie nie działają mutagennie, ale mogą opóźniać rozwój płodu i powodować przedwczesny poród. Pozostałe leki immunosupresyjne, jak metotreksat i talidomid, należą do kategorii X i nie mogą być stosowane u kobiet w ciąży. Najnowszy z leków wprowadzonych do terapii nzj - infliximab - wydaje się bezpieczny, lecz ze względu na niewielką liczbę dotychczasowych badań klinicznych (i to dotyczących przede wszystkim użycia leku u chorych na reumatoidalne zapalenie stawów), należy go stosować ze szczególną ostrożnością. Farmakoterapii nieswoistego zapalenia jelita prowadzonej w okresie ciąży powinny towarzyszyć znacznie częstsze badania w celu wczesnego wychwycenia ewentualnych działań niepożądanych. W trakcie ciąży należy monitorować również stan odżywienia matki i w razie potrzeby stosować leczenie dietetyczne - bezresztkowe diety polimeryczne, półpolimeryczne lub elementarne. Pacjentki chorujące na nieswoiste zapalenia jelit są bardziej narażone niż kobiety zdrowe na powstanie w okresie ciąży guzków krwawniczych odbytu. Przed tą typową dolegliwością ciążową uchronić się można dzięki ćwiczeniom mięśni Kegla oraz unikaniu długotrwałego siedzenia lub stania, a także podnoszenia ciężkich przedmiotów.
Kategorie bezpieczeństwa Podział leków ze względu na bezpieczeństwo ich stosowania podczas ciąży - zgodnie z klasyfikacją Food and Drug Administration: Kategoria A - istnieje dostateczna liczba kontrolowanych badań klinicznych przeprowadzonych na ciężarnych pacjentkach i wykazujących brak zagrożenia zdrowotnego dla płodu. Kategoria B - brak zagrożenia zdrowotnego dla płodu wykazywano w licznych badaniach na zwierzętach, ale brakuje badań prowadzonych na ciężarnych kobietach. Kategoria C - w badaniach na zwierzętach wykazywano negatywny wpływ leku na zdrowie płodu, nie przeprowadzono jednak badań na kobietach. Kategoria D - istnieje dostateczna liczba prowadzonych na ciężarnych kobietach kontrolowanych badań klinicznych lub badań obserwacyjnych, które wykazały wzrost ryzyka zdrowotnego dla płodu. Korzyści z terapii mogą jednak przewyższać potencjalne ryzyko. Kategoria X - kontrolowane badania kliniczne bądź badania obserwacyjne prowadzone na zwierzętach lub ludziach wykazały wpływ leku na powstanie nieprawidłowości rozwojowych płodu. Lek nie może być stosowany u kobiet, które są lub mogą być w ciąży.
|
|